O wieluńskim Hellspawn, czyli muzyka przed fejmem

Są w naszym undergroundzie zespoły z długim stażem, które wydają płyty, grają dobrą muzę – ale tak zwane powiększanie fanbazy nie jest ich podstawową aktywnością. To znaczy, że nie koncentrują się na promowaniu samych siebie, całej tej otoczce marketingowej, a raczej na wydawanych w świat dźwiękach. Jest to postawa szczerze podziemna, ale sprawia też, że każda pomoc z zewnątrz w pokazywaniu zespołu ludziom może podwójnie wesprzeć hordę w dotarciu do odbiorców. Taką kapelą jest niewątpliwie Hellspawn.

Grupa pochodzi z Wielunia, który jako miasto zasłynął dotąd postacią znanego rysownika Wojtka Siudmaka, reprezentantką Polski w siatkówce – Magdą Stysiak – oraz faktem, że Niemcy w trzydziestym dziewiątym, jak już nas napadli, to zrzucili swoje bomby najpierw tam (a nie na Westerplatte). Po kiego luja oni te bomby tam zrzucili, nie mam najmniejszego pojęcia. Faktem jest, że zespół Hellspawn ani jednego z powyższych atrybutów lokalnych w swej promocji nie wykorzystuje – bo w ogóle niczego w zasadzie nie wykorzystuje w promocji.

Wiemy z sieci, bo przecież Encyclopaedia Metallum wszędzie ma swoich szpiegów, że kapela istnieje od 2003 roku. A ponieważ lubimy polskie zespoły podziemne, to od dawna sami wiemy, że grupa ma na swym koncie już trzy długograje, utrzymane generalnie w klimacie bardzo solidnego death metalu. Morbid Angel, Cannibal Corpse, Vader – te trzy klasyczne nazwy padają zwykle dla porównania w recenzjach, pisywanych regularnie blisko terminów wydawania każdej z tych płyt.

Dziś w całości na Bandcampie (TUTAJ) znaleźć można prawie półgodzinną EP-kę, zatytułowaną „In Agelessness”. To materiał z lutego 2021, aczkolwiek odwiedzając profil zespołu na Youtube znajdziemy nie tylko fajne clipy ze studia, dedykowane kawałkom z tej płytki, ale także jeden całkiem nowy numer z przygotowywanej do wydania kolejnej, czwartej płyty długogrającej Hellspawn.

Jednakże, gdy chodzi o całościowy ogląd „In Agelessness” cytowane powyżej marki metalowych klasyków raczej się nie sprawdzą w roli odsyłaczy. Mamy tu nieco inny klimat niż choćby na „The Great Red Dragon” (dwójka Hellspawn), gdzie stylistyczne odniesienia są o wiele bardziej czytelne. Zespół pozostaje na własnej, bardzo dobrze udeptanej ścieżce death/ brutal death metalu, lecz zmieniając nieco prezentowaną ekspresję: czytelność i sterylność riffu ustępuje tu miejsca zagęszczeniu, dusznej atmosferze, klimatowi bliżej nawet obszarów blackowych. Więcej jest – i to wyraźnie – blastów, orientalno-klimatycznych zwolnień, inteludiów, niż miało to miejsce w dotychczasowej twórczości wieluńskiej formacji.

Nie ma też radykalnego odejścia, bo riffy nie tracą melodyjności i przestrzeni (momentami) – bywają tylko wzmacniane, zagęszczane właśnie, rozwiązaniami perkusyjnymi. Idzie to odrobinę w stronę Azarath, ale też nie do końca: jeśli miałbym konsekwentnie trzymać się porównań z tercetem wcześniejszych długograjów zespołu, to słychać tym razem bardziej old schoolowy styl, w riffach gitarowych raczej „pod” starego Treya lub Jacka Owensa, rzadziej „pod” Petera. Choć pewnie i tym razem sprawdzona zasada „ilu ludzi tyle zdań” będzie zastosowana: zapewne inny słuchacz znajdzie te proporcje stylistyczne jako zupełnie inaczej porozkładane.

Ciekawą kwestię stanowi warstwa tekstowa, bo zainspirowała ją literatura: a konkretnie „Ulisses” Joyce’a. No, po Dublinie nie od dziś biegają hordy zapalonych fanów powieści Irlandczyka, odszukujących z mapą w rękach swoje ulubione miejsca, opisane malowniczo przez autora – lokalnego patriotę. Ale żeby ta książka dała impuls twórcom metalowych płyt, jeszcze nie słyszałem. I za to szacunek.

Bez względu na podobieństwa czy różnice stylistyczne, fajnie się słucha tej EP-ki. Jest dobrze zrealizowana, wydana oprócz netowego streamingu również w formacie CD przez niezawodnego Eryka do katalogu Old Temple. Może muzyka Hellspawn nie odkrywa Ameryki ani nie urywa łba swoją niezwykłą oryginalnością. Ale jako bardzo solidny napęd do machania łbem powinna zagościć w zbiorach każdego szanującego się maniaka. Słuchać!

O projekcie SCALD, czyli genialny Maciek w Belfaście

Maciej Pasiński jest genialnym kompozytorem. Może taka enuncjacja pachnie zadęciem, a samego twórcę wprawi w zakłopotanie, ale postawiony na początku tej recenzji wniosek ma swoje głębokie uzasadnienie. Dlaczego? Przeczytajcie.

Gdy tylko, po mniej więcej dekadzie niezwykle obiecującej kariery, rozpadł się w Opolu zespół SIRRAH, jeden z liderów kapeli – Maciek Pasiński – wyjechał za granicę. Znalazł swój dom, pracę i rodzinę w irlandzkim Belfaście. Tam od wielu już lat żyje i pisze muzykę.

Maciek jak wielu z nas nie może wykorzystywać pełni swego czasu na komponowanie. Pracuje, wychowuje z żoną dzieciaki, prowadzi tzw. normalne życie. Gdy natomiast w nocy młodzież idzie już spać, Maciej schodzi do piwnicy wybudowanego w Belfaście domu – i działa. Pisze, tworzy, gra, śpiewa, komponuje, nagrywa. Tak codziennie po kilka godzin. Sypia niewiele, ale nie ma wielkiego wyboru: gdyby wybierał sen, nie byłoby muzyki.

Maciek od czasów SIRRAH ofiarował światu mnóstwo niezwykłych dźwięków, generowanych w różnych odsłonach z rozmaitymi projektami. Od THE MAN CALLED TEA do dzisiejszego QIP, znanego dobrze fanom progresywnego metalu, szykującego się właśnie do opublikowania w sieci drugiej płyty.

Niemniej, potężne składowisko pomysłów, emocji i energii, jakie drzemie (niczym lawa pod powierzchnią wulkanu) wewnątrz Maćkowej czaszki, musi co jakiś czas znaleźć ujście w postaci kolejnych erupcji. SCALD jest następnym projektem, w którym Maciek pozyskał szansę na realizację swych dźwiękowych wizji. Ten niezwykły twór, de facto projekt solowy, w którym jedynie teksty są autorstwa innej osoby, znów – jak wszystkie Maćkowe opusy – wpisuje się w katalog najciekawszych pozycji tzw. nowoczesnej muzyki metalowej mijającego roku.

SCALD to efekt inspiracji, jaką Maciek znalazł w tekstach Petera Dempseya, kolegi z Belfastu, osoby aktywnej w tamtejszym undergroundzie artystycznym. Teksty są jakby żywą kontynuacją opowieści znanej dzięki twórcom filmowej serii „Alien”. Jakieś niezwykle skomplikowane formy pozaziemskiego życia, kosmiczne robale, działające w zawiłych względem siebie relacjach i powiązaniach… Całe pandemonium tych stworów przewija nam się w kolejnych lirykach, ale i utworach Macka, jakby dopisanych nutami do warstwy tekstowej oraz tytułowanych nazwami gatunkowymi wszystkich tych obmierzłych kreatur spoza ziemskiej galaktyki. A raczej Vermimonium – albo Vermagedon, jak zresztą zatytułowany jest utwór kończący płytę pt.: „Regius I”, którą Maciek przedstawia nam za pośrednictwem serwisu Bandcamp.

Jak mogą brzmieć kawałki dedykowane stworom kosmicznym? Jako się rzekło, kosmicznie. Maciek ma swój niepodrabialny styl, a własne, domowe instrumentarium wzbogacił o – przez lata opracowywane – brzmienie, oparte na wycyzelowanym wielokrotnymi poszukiwaniami płaszczu efektowym. Cyfrowe rozszerzenia brzmień, „wysuszone” bębny, gitary – jakby od razu doklejone do cybernetycznych klawiszy, chóry, wreszcie niepowtarzalny, growlujący wokal Maćka… To wszystko działało do tej pory, działa i tutaj, choć SCALD ma być z założenia projektem mniej gitarowym. Jak mówi sam twórca, będzie rozwijał się w kierunku elektroniki i bardziej konceptualnego opowiadania dźwiękową przestrzenią. Jeśli chcecie sprawdzić zalążki tej przyszłości, na bandcampowej stronie płyty „Regius I” są już trzy singlowe fragmenty drugiego albumu, jaki ma w całości pojawić się niebawem. Tak, jakby Maciek jeszcze przez kilka najbliższych lat nie zamierzał w ogóle kłaść się spać.

Mam zaszczyt nazywać Macieja Pasińskiego swym przyjacielem. Wiele godzin przegadaliśmy jeszcze za starych, sirrahowo-smarkowych czasów. Teraz bywa, że też trochę przez Messenger pogadamy, choć obowiązki po jednej i drugiej stronie mocno nam tę możliwość przycięły. Ale nigdy nie stracę podziwu, jaki zawsze żywiłem (i żywię) do Maćkowych kompetencji muzycznych. Jest jak polski Devin Townsend, nieskończony w swym potencjale i wielościach oblicza, bardzo zimny, awangardowo-metalowy – a jednocześnie świadomy, otwarty na wielość muzycznych orientacji. Łapczywie czerpiący nowości z każdej strony muzycznego krajobrazu, a przy tym rozpoznawalny, wierny swej stylistyce. No i w przeciwieństwie do Devina zdrowy psychicznie, choć sam twierdzi, że to wcale nie takie oczywiste, hehe…

Projekty Maćka zasługują na poznanie, refleksję, kontemplację. Trzeba wejść w świat jego muzyki by w pełni ją rozpoznawać i dać się nią natchnąć. Tworzy alternatywne, kosmiczne światy, z których powrót po zdjęciu słuchawek to jak pozbycie się z głowy wirtualnego hełmu. To wielki talent, którego potencjał stanowczo powinien być mocniej wykorzystany przez świat fanów muzyki, nie tylko metalowej.

Posłuchajcie więc debiutu SCALD TUTAJ. Dajcie sobie czas, wolną chwilę na jego dokładne poznanie. Ta muzyka nie wejdzie w Was przy porannej kawie: osobiście przyjmuję jej dawki w rzadkich chwilach całkowitego uwolnienia od spraw zewnętrznych. Jak już będziecie na Bandcampie, sprawdźcie też QIP, o ile uchował się jeszcze ktoś, kto dotąd tego nie zrobił. Naprawdę, warto dać się zainfekować wirusem Maćkowej twórczości. Niech nasz genialny, polski metalowy kompozytor na emigracji zdobędzie estymę, na jaką od lat zasługuje.

O debiucie grupy Sarmat, czyli broń masowego rażenia

Niezwykły zasięg mają czasem produkcje naszych nowych kapel metalowych. Młodziaki atakują znienacka, wydają płytę – a nagle okazuje się, że dzięki dobrze zorganizowanej dystrybucji ich debiut staje się znany fanom na całym świecie, choć w Polsce jeszcze banda stawia pierwsze kroki. Tak jest w przypadku grupy Sarmat, powstałej trzy lata temu jakby z niczego, a dziś w dość szybkim tempie podbijającej coraz szersze undergroundowe kręgi zagranicą. Warto przyjrzeć się bliżej temu fenomenowi.

Sarmat wydał swój debiutancki album „RS-28” własnym sumptem, w obecnym (2021) roku kalendarzowym. Szerować album na świecie pomagają jednak liczne i silne marki promocyjne, a dostarczony na podziemny rynek krążek tak się widać spodobał rozlicznym decydentom, że ma zapewnione distro na każdym chyba kontynencie. Będzie więc strzał z wysokiego progu, bo o tym, by zacząć muzyczną drogę od zdobycia aż tak szerokiej platformy dotarcia marzy chyba każdy zespół świata.

Zainteresowałem się personaliami, bo sędziwy wiek (czyli praktyczna znajomość z każdym, kto w ciągu minionych 30 lat zagrał w tym kraju cokolwiek ostrego) od razu nakazał mi szperanie w poszukiwaniu znajomych. Czytam skład: na gitarach Daniel Szymanowicz i Krzysztof Kopczeński, na wokalu Łukasz Kobusiński. Oto tercet założycielski odpowiedzialny za powstanie płyty: bardzo mi miło, nie znam. Panowie, jak widać na fotkach, nie całkiem młodzi wiekiem, hehe, ale o staż trzeba będzie dopiero powalczyć. Szukam dalej informacji o procesie rozwojowym – napotykam perkusistę Krzysztofa „Desecrate” Szałkowskiego (no, nareszcie znajoma morda, cześć Brachu!) oraz basistę Pawła „Kornela” Korneluka. Może będę miał zaszczyt w przyszłości, dzień dobry.

Generalnie więc dwóch kolegów gitarzystów złożyło do kupy materiał, wzięło wokalistę oraz do sekcji rytmicznej muzyków sesyjnych i nagrało płytę (zaraz wyjaśnię, gdzie i z kim). Następnie band zaczął poszerzać się w chwili zaangażowania sekcji na stałe: wiadomo, że debiut koncertowy zaliczyli niedawno w Opocznie, a wcześniej znaleźli się nawet jako support w zestawie Azarath, Infernal War, In Twilight’s Embrace podczas zaplanowanej na wrzesień imprezy pod hasłem „Desecration Festival” w Progresji. Wprawdzie impreza, jak wiele innych tej jesieni, została przełożona na kolejny termin – ale widać już wyraźnie, jak duże wsparcie generuje dla swej marki Sarmat, niemalże od chwili swojego narodzenia.

Czymże zatem jest ten samorodek, przyciągający tuż po wykopaniu natychmiastową, łapczywą uwagę tak wielu gremiów? Logo kapeli i tytuł debiutanckiego albumu łączą się w merytoryczną całość jako nazwa nowoczesnego pocisku nuklearnego rodem z Rosji. „Sarmata”, znany też jako „Satan 2” ma tę cudowną właściwość, że jak się go wystrzeli a on spadnie, to za jednym zamachem likwiduje chyba z połowę ludzkiej populacji. Taka współczesna, ruska wersja przycisku „Acme” z amerykańskich kreskówek. Panowie dość szczegółowo przeanalizowali zasady działania tego robaczka, jak również (w tekstach na płycie) pozwolili sobie na dosadną wykładnię tego, jaki efekt na Ziemi spowodowałoby jego użycie.

Okładka też jakaś taka antywojenna, grzyby atomowe i postaci w maskach, jak na Dezerterze, Nuclear Assault albo pierwszym (tfu!) Megadeth. Generalnie mało to wszystko piekielne jak na kapelę serwującą słuchaczom mieszankę brutalnego death i black metalu. Ale chyba tak właśnie ma być: różni artyści, pod wpływem napierającej współczesności, coraz częściej ukazują nam, że znacznie więcej prawdziwego zła tkwi w samym człowieku, niźli w jego diabelskiej personifikacji z ogonem i rogami. To brutalne zło aż zieje z dźwięków Sarmat – bo chyba najwyższy już czas, by ten długi opis przyległości zamienić wreszcie na rozmowę o samej muzyce.

A ta jest bardzo ostra, brutalna, zimna, by nie powiedzieć – sterylna. Ale także niezbyt połamana, bo riffy gitarowe, choć ewidentnie w nurcie black/brutal death, nie rażą tutaj nadmierną „technologią”. Nie słychać śladów Suffocation – bardziej, choć walą blasty, wyczuwam tu chłód greckiej stylistyki, trochę a la Septic Flesh. Czyli w sumie dość proste patenty na riff, marszowość, trochę orientu, raczej melodyjne solówki. I taka specyficzna, automatyczna niemal, transowość tego wszystkiego w generalnym odbiorze.

Największy walor tej płyty stanowi jednak produkcja. Gdyby nie brzmienie, o to jestem w stanie się założyć, album aż tak nie błyszczałby na wszystkie strony, budząc swym blaskiem wszechobecne zainteresowanie. O tę sferę postarał się nie kto inny, tylko Arek „Malta” Malczewski, w swoim warszawskim piekłochronie smażąc potajemnie kolejną z serii płyt – pomiotów diabelskich. Nie wiem, jaką mu chłopaki zapewnili motywację, ale brzmienie jest – światowe, po prostu. Jakby ściągnąć płaszcz efektowy z miksów sesji do „Evangelion” (wiadomo kogo) i dorzucić jeszcze do pieca skrajnie wyciągnięty w górę mastering.

Jest grzmot! Niestety, ten walor brzmieniowy, plus kilka patentów ewidentnie spod palców nadwornego akustyka Behemoth będzie odciskać się piętnem na pierwszych recenzjach debiutu Sarmat. Czytałem już kilka z nich, koledzy krytycy dość zgodnie to odczytują. Musiało tak jednak się stać, bo jeśli Malta ma robić płytę, używając do tego celu swojego najlepszego arsenału (doświadczeń i gratów) to gdzieś z tła efekt jego wcześniejszych dokonań nieuchronnie będzie się przebijał. Niemniej wiadomo, że Malta gwarantuje najwyższy poziom abstrakcji, co moim zdaniem daje już wystarczające usprawiedliwienie, by właśnie jego wybrać na akuszera własnych pierwszych, muzycznych kroków.

Tak czy owak, bez względu na podobieństwa czy różnice brzmieniowe (względem kogokolwiek) warto posłuchać tej płyty. Mimo, że jest wrażenie jakoby gdzieś już ktoś kiedyś coś podobnego popełnił – chyba prawem kontrastu odkrywa się w tym graniu świeżość. Może dlatego, że w bardzo brutalnej otoczce rytmicznej zespół osadził dość przestrzenną warstwę gitarową, nie zagęszczając nadmiernie, nie forsując na siłę rozwiązań szybkościowo-łamańcowych na gryfie. Jest w tym pierwiastek myślenia, świadomości muzycznej – a ja takie płyty bardzo lubię. Toteż z czystym jak łza sumieniem mogę i tę wam polecić.

Zespół Sarmat, jak donoszą opoczyńscy ziomale, dobrze zdał egzamin na debiut sceniczny. Czekają ich wkrótce kolejne sprawdziany. Wyrzutnię do błyskawicznego i śmiercionośnego lotu pocisk ten ma już ustawioną. Sprawiają wrażenie takich, co dobrze wiedzą, w którą stronę się wystrzelić. Powodzenia!

O zespole Incertus, czyli polski underground ma się dobrze

Polski metal to dzisiaj nie tylko post-blackowe „dzieci Behemotha”. Jak dawniej, choć pewnie linia podziału już gdzie indziej leży, mamy pod głównym nurtem sceny swój underground. Pochowane, unikające rozgłosu czy stricte handlowej promocji małe firemki, wydają potajemnie to i owo, zupełnie lekceważąc sobie skłonność do rozpowszechniania wiedzy na temat swoich bandów oraz ich wydawnictw. Dlatego na Incertus trafiłem w zasadzie przypadkiem.

P. Wolf, basista i wokalista tej efemerycznej formacji, należy do grona mych zacnych znajomych na FB, dał więc znak, że kawałki zespołu ukazały się na bandcampie. Tam przyjrzałem się formacji bliżej. Tworzy ją trzech muzyków, stuprocentowo zunifikowanych podobnym odczuwaniem metalowego feelingu (każdy z innego miasta, co jak zawsze utrudnia regularne próbowanie). Do Wolfa przyłączył się gitarzysta Nebiros, znany także z Mystic Rites czy Thorns Of Grief. Na perkusji Bartek Dolewski, grający również w Warbell i Dead Mind. Ludzie świadomi, posiadające już sceniczne doświadczenie. No i gościnny klawiszowiec – Dr. Marvin – którego udział w sesji jest niebagatelny… W kredytach także Fiosaiche i Kamil Jakubowski, odpowiedzialni za gitarowe solówki.

Materiał nagrany w kilku miejscach, no i wydany – nakładem Defence Records/Mythrone Promotion, działającej w Krakowie już ponad 20 lat, wyłącznie dla wspierania non-profit kapel metalowych, najczęściej podziemnych. W ich katalogu, poza debiutem Incertus, znaleźć można kilka ciekawych wizytówek: doświadczona Iscariota, Horrorscope, Terrordome, ale też Gnida, Shodan, Deathspawn czy Dira Mortis.

Jest zatem jeszcze duch undergroundu w narodzie, o czym przekonujemy się jednak dopiero w chwili, gdy zaczniemy przekopywać internet ze świadomym zamiarem odkrycia dla siebie takich miejsc. Warto jednak pogrzebać w głęboko podziemnych złożach, bo – jak wiemy – nie wszystko złoto, co się świeci, a prawdziwy blask niekoniecznie świecić musi wyłącznie na powierzchni.

Jest w muzyce Incertus stylistyczny eklektyzm, nie do końca zbieżny z deklarowanym w (nader skromnych) opisach promocyjnych zwykłym połączeniem black i death metalu. Dzieje się tu więcej, choć są momenty, w których zespół niebezpiecznie balansuje obok granicy stylistycznego połączenia dżemu z pasztetem. Ważne, że pilnuje, by tej granicy nie przekroczyć. Czasem słyszę w tym stary Death, Six Feet Under, Napalm Death z „Harmony Corruption” (taaaak, szacunek dla old schoola musi być) – ale momentami też Bal-Sagoth albo Bathory.

Właśnie obecność ducha Quorthona była tym, co do debiutu Incertus przyciągnęło mnie najbardziej: fragmenty takich kompozycji jak „The Return of Darkness and Evil” czy „The Devil Takes Me Away” dają wrażenie brzmieniowego pokrewieństwa ze spuścizną genialnego Szweda. Wymieszane z motoryką klasycznego, starego death metalu oferują też słuchaczowi przyjemne doświadczenie metalowej patyny.

Niby old-school, ale jednak… Pewne elementy tej muzyki, na poziomie kompozycji i aranżacji, nie pozwalają się jednoznacznie zakwalifikować. Tu wracamy do kwestii niecodziennie potraktowanych klawiszy, które albo wzmacniają gęstość riffu masywnym podkładem – albo wybijają się w dziwacznych, momentami solowych partiach, na całkowitą niepodległość. Także stylistyczną, bo granic nie ma tu żadnych: od niby-bachowskich organów „kościelnych” po quasi-jazzowe dysharmonie.

To dobry zamysł, bo dzięki niemu płyta wymyka się sztampie. Dysonanse klawiszowe nie są robione „od czapy”, z rozmysłem zaś tkają, z warstwą gitarową, misterną siatkę anty-melodyjnych kontrapunktów. Pytanie brzmi, czy fanom będzie to odpowiadało, bo na skutek owych wstawek metalowy walec musi czasem zwolnić albo zastopować. Wczuwamy się, przytupujemy – aż tu nagle, zza rogu, maszyny stop i włączają się jakieś dziwactwa. Dla mnie to jednak walor, a przynajmniej dowód na podejmowanie przez twórców wysiłku kompozytorskiego myślenia. Coś się w tej muzyce dzieje, nie słychać wyłącznie sekcji rytmicznej z bulgoczącym growlem.

Muzycznie album ten można podzielić (choć niedokładnie) na połowę, z której cztery kompozycje wydają mi się lepsze. Trzecia na albumie – oraz od piątej do końca. To samo dotyczy sfery produkcji, utwory umieszczone dalej na płycie zdają się być dokładniej zmiksowane, a przynajmniej potraktowane na stole mikserskim z większą dbałością, o rzeźbę i o masę.

W pierwszych numerach razi mnie kląskający bas, zbyt nachalnie przepychający się na front zespołu. Są to też w mojej ocenie kompozycje najmniej interesujące muzycznie, najbardziej zalatujące black metalem w prymitywnej, garażowej odmianie. W nich też słychać pewne braki w zgraniu zespołu, najpewniej wynikające z dzielących muzyków odległości. Im zatem dalej w las, tym lepiej – w przypadku omawianej płyty.

Generalnie należy się zaś Incertusowi mocna czwórka. Za odwagę w łączeniu wpływów i pomysłów, za nowatorskie podejście do grania (na kilku płaszczyznach) – oraz za podtrzymywanie ducha Starych Bogów. Dla mnie, co przyznaję z pokorą, każdy band, w którym zamiłowanie do Bathory będzie jakoś słyszalne, zasługiwać będzie przynajmniej na zwrócenie życzliwej uwagi. Widocznie na stare lata recenzencką czujność zakłócają mi sentymenty.

O nowym albumie Hell-Born, czyli co z tym Trójmajstrem!

Stare Diabły otrząsają rdzę z łysych łbów… Jak jeden mąż, wszyscy moi koledzy z Trójmajstra wjeżdżają z nowymi płytami na pełnej. No dobrze, Behemoth sobie nagrywa tam gdzieś w świecie jak zwykle i z tego topu już raczej nie zlezie. Ale jak tylko zatrzymało się na chwilę globalne koncertowanie, od razu Azarath przypieklił takim albumem, że aż przygasło na chwilę pod kotłami. A już za chwilę, bo w styczniu, swój obmierzły, piekielny pomiot ukaże światu Hell-Born.

Tak, tak – dokładnie ten sam, stary Hell-Born. Nie mówię, że „dobry”, bo tu bym mocno przesadził. Jest to stary, zły Hell-Born. Tak bardzo zły i piekielny, jak był zawsze, tylko teraz trochę bardziej.

Po kolei, by nie uchybić reporterskiej rzetelności: ekipa Baala i Lesa wraca z nową płytą po dwunastu latach przerwy. Jest Baal, jest także Les, zupełnie jak przed laty. Nawet Nergal się pojawia, gościnnie, w ostatnim utworze. Mamy też styl, którego Hell-Born, jak sądzę, nie zdradzi nigdy. Old schoolowy black death, raz szybki, raz wolny, brudny, nie do końca oszlifowany. Ale też kontrastowy, pełen zróżnicowań i niespodzianek. Eklektyczny, swobodnie lewitujący między gatunkami. Chwilami zaskakująco melodyjny. A przy tym blastowy. Też trochę bardziej niż w przeszłości.

Tak już jest z Hell-Bornem, że jest i trochę bathorowski, trochę hellhammerowy, pandemoniumowaty, czasem staro-morbidowski, staro-immolationowy, ale też momentami wręcz heavy-metalowy w melodyjnych fragmentach. Ta umiejętność zlepiania – w jeden (istotnie stary z ducha) kształt- wielu różnych wpływów z pozornie odległych zakątków gatunku zawsze wyróżniała Baalowo – Lesową załogę. Nazywam to kreatywnością, choć ich eklektyzm podany jest w formie średnio przystępnej. Zwłaszcza, jak sądzę, dla dzisiejszej młodzieży (hyhyhy…), przyzwyczajonej do wygładzonych i nasączonych dolarami produkcji. Tu, proszę Państwa, nie będzie robienia kawałków pod tupanie nóżką w internetach. Tu jest podziemie, a nie rurki z kremem! Choć, broń mnie Lucyferze, nie krytykuję u Hell-Born ani słusznego zamiaru wstawiania ich wydawnictw na portale streamingowe, ani też przyrządzenia videoclipu z piosenką „Axis of Decay”, promującego na Youtube nadchodzącą płytę. Są tacy, którzy chętnie tę płytę znajdą… Ona sama będzie się tytułować „Natas Liah”, wydana w kilku formatach przez Odium Records, a jak ktoś ma jeszcze jakieś wąty, o czym album będzie, niech sobie tytuł przeczyta wspak.

Trzeba zatem do tej płyty dotrzeć, przedrzeć się – jak to w undergroundzie – przez zasłonę brudu, obmierzłości i piekielnej siarki, żeby dokładnie posmakować tego, co w środku. A tam dużo ciekawego się dzieje… Wokale typowe, żadnych niespodzianek. Bębny najmniej wyeksponowane, raczej „omszałe” w barwie, do czego zresztą też nas Hell-Born przyzwyczaił.

Tu wtrącę ciekawostkę: powstała pod ręką i okiem tego samego Harolda Grunberga (choć w innym studio) nowa płyta Azarath różni się od „Natas Liah” WSZYSTKIM, gdy chodzi o brzmienie – a już potraktowaniem garów w szczególności. To tylko kwestia filozofii ideowo-personalnej, ale polecam, by dla porównania na zmianę posłuchać sobie obu płyt. Nie po to, by rozstrzygać, co jest lepsze – tylko, żeby usłyszeć, jak jest inne. A przez to frapujące.

Jeszcze jednym nawiasem, Harold wykonał dla Hell-Born jedynie tzw. postprodukcję, czyli miksy i mastering. To faza najważniejsza dla ostatecznej kreacji brzmieniowej płyty, ale pamiętać trzeba, że etap nagrań (tu wykonany w Creme de la Creme Studio) odróżnia „Natas Liah” od „Saint Desecration” dodatkowo.

Wracając do zawartości muzycznej „Natas…”, grają tutaj przede wszystkim bardzo ciekawe gitary. Co nie dziwi zważywszy, jak doświadczeni wyjadacze krajowej sceny je obsługują. Gęsto w fakturze płyty od nieszablonowych zagrywek, właśnie jakby surfujących między odmianami i gatunkami metalowej muzy. Jeśli natomiast mielibyśmy jednym zdaniem opisać, w jaki sposób nowa płyta różni się od wcześniejszych dokonań Hell-Born? Powiem tak: więcej black niż death i więcej melodyjnych zwolnień niż kiedyś. Po takim opisie może zdziwić kogoś podsumowanie, że jednak nowy Hell-Born brzmi bardzo spójnie. Albo i w sumie nie zdziwi, bo to akurat cecha, która łączy tę płytę z wcześniejszymi dokonaniami formacji.

A zatem, Panie i Panowie Podziemniacy, nadciąga kolejny atak z Trójmajstra! Szykujcie się na styczeń, bo Syn Piekieł nie odpuści nikomu grzechów. Po niezwykłym Behemoth, potężnym Azarath, mamy totalny Hell-Born. Zdaniem samych muzyków, najbardziej dojrzały, dopracowany i klimatyczny materiał, jaki kiedykolwiek powstał pod tym szyldem. Malowanym na okładce piórem Lorda K.

O nowym albumie Azarath, czyli progres w ekstremie

To już stanowczo nie te czasy, by mówić o Azarath jak o polskiej nadziei brutalnego death metalu, goniącej za wzorcami typu Immolation czy Nile. To jest chwila, gdy zaczynamy mówić o klasyce – ekipa Inferna i Barta wydała właśnie siódmą płytę, „Saint Desecration”.

I ma szansę rozbić bank najlepszych produkcji w gatunku na 2020 rok. Światowy, nie krajowy. Żeby było jasne.

Można też groteskowo stwierdzić, że skoro rok jest koszmarny, to i płyty w nim wychodzące wyjątkowo złe, diabelskie, śmierdzące i zgniłe. Jakby miały być muzyczną odpowiedzią na pandemię. Nowy album Azarath właśnie taki po trosze jest. Oczywiście nie z racji na zepsutą zawartość, a z powodu niezwykłej, dusznej, piekielnej aury, jaką z sobą niesie. To właśnie atmosfera sprawia, że „Saint Desecration” da się łatwo wyróżnić spośród szeregu podobnych, ostatnio wychodzących na świat, brutalno-metalowych pomiotów. Trudno je wszystkie, z racji na podobieństwo ekstremalizmów treściowych i formalnych, odseparować od siebie. Gdzie nie da się już zagrać szybciej, bardziej technicznie, brutalnie i z większą atonalnością, wchodzi klimat. Cały na czarno. I zaczyna decydować, która płyta stoi z przodu. Ta się wybija natychmiast.

Szkoda strzępić już język o tym, jak szybko, mocno, precyzyjnie i fachowo umie grać Inferno. Oczywiście tutaj również artyleryjska kanonada perkusji jest podstawą przekazu, bo Zbylut konkurencji w świecie, w swojej kategorii, raczej ma niewiele. Natomiast rzecz główna w tym, co jest pod spodem tej kanonady. Niezwykła to treść. Ujmuje i wciąga od razu, zasysa słuchacza w głąb piekielnej otchłani. Te niezwykle gęste, fakturowo zawiłe, a przy tym zimne jak czarna stal kombinacje riffów, z których Azarath słynie od dawna, otrzymały teraz dodatkowy walor w postaci – uwaga – większej muzykalności. Te kompozycje, bardziej niż wcześniej, bronią się pomysłowością i logiką riffu, świadomością konstrukcji utworu. Specyficzną, jadowitą melodyką. Gdy trzeba, rozszerzeniem i zwolnieniem. A co za tym idzie, głębszym muzycznie przekazem: właśnie tym, co później decyduje o klimacie.

Będą się (być może) zżymać puryści, że Zbychu zassał do Azarath klimat Behemotha. Bo trochę faktycznie go zaciągnął. Słychać to nie tylko w ogólnej, jakby ambience’owej aurze unoszącej się nad tym albumem (o produkcji za chwilę). Mamy ten klimat, na blackowo zabarwiający brutal-deathowy charakter muzyki Azarath, w całej gamie kantylen, smaczków, wibrat, wielogłosów, rytmizacji (wręcz momentami orientalnych), obecnych choćby w utworach „Fall of the Blessed” czy zamykającym płytę „Beyond the Gates of Burning Ghats”. Woń behemothowskiego klimatu tam przecieka niewątpliwie. Ale z drugiej strony, cała płyta utrzymana jest w tak morderczym tempie, jak chyba nigdy wcześniej Azarath nie galopował, choć – zaiste – do najwolniejszych na świecie zespołów metalowych nie należy. Te ultra-blasty, jakby Zbychu wywalił z siebie całą energię, zgromadzoną w mięśniach w czasie przymusowego urlopu od koncertów, narzucają płycie charakter dzieła ekstremalnego.

W całość wpisał się Skullripper, czyli nowy wokalista (i wioślarz) Azarath. Gdy jeszcze na fali entuzjazmu po pierwszych przesłuchaniach zakomunikowałem Bartkowi, że stworzyli razem wielką rzecz, rzucił – „nowy piosenkarz swoje wniósł!”. W rzeczy samej. Mam nawet wrażenie, że Marcin jakby naturalnie wpasował się do tego konceptu i stylistyki. Ma doświadczenie nie tylko z Embrional, ale tu chyba przekaz jest najbliższy… Aklimatyzacja w Tczewie udała się perfekcyjnie. 🙂 Choć personalnie zespół dawno już się z tego miasta wyprowadził.

Miałem o produkcji, bo i nie wolno pominąć faktu, że płytę wysmażył Haldor Grunberg. I to w zasadzie starczy za cały komentarz, bo chyba nie ma obecnie drugiego speca, który bardziej czułby klimat nowoczesnej muzyki black, a jak kto woli – post black metalowej w Polsce. Mnie ten odcisk palca Haldora, jego charakter pisma, przekonuje najzupełniej. Ma to ociekać jadem i piekłem, nihilizmem (hehe) oraz niewidzialnym łbem w kapturze: proszę bardzo, wszystko mamy. Także w sensie graficznym. Okładkę namalowała Marta, żona Zbycha. A jeśli ktoś się znów doczepi, że stylem nawiązuje do ostatniego dzieła Behemoth, to zapytam – a dlaczego ma nie nawiązywać? Wręcz powinna.

Krótko mówiąc – wyszło Azarathowi dzieło kompletne. Nie wierzę w to, żeby Inferno w jakikolwiek sposób chciał wcześniej zaniedbywać swoje własne, muzyczne potomstwo. Ale fakty są takie, że natłok roboty z Behemothem dawał mu przez lata niewiele oddechu. Gdy pojawiła się, trochę przymusowo, szansa na swobodniejszą dywersyfikację działań, mógł (jak przypuszczam) ofiarować Azarathowi trochę więcej… siebie. Jeśli dobrze to rozumiem, efekt mamy właśnie przed sobą w postaci genialnego krążka.

Brawo, Panowie. Muzyczna definicja śmiertelnego wirusa.

O powrocie do blogosfery, czyli witajcie po trzyletniej przerwie!

To była dziwna i niezrozumiała decyzja władz koncernu Onet – wysłać nagle w kosmos kilkadziesiąt tysięcy blogów osobistych. Choć były to pamiętniki o zdecydowanie zróżnicowanym stopniu wartości czytelniczej, nastąpiło coś w rodzaju ewaporacji (jednoczesnego wyparowania) potężnej, ogólnokrajowej platformy wymiany indywidualnych opinii. Jakby ktoś podłożył bombę w Hyde Parku. Zagłada społeczeństwa obywatelskiego! Postanowiłem zebrać resztki, jakie po atomowej eksplozji pozostały, nie poddawać się – i oto jestem ponownie. Witajcie na remigiuszmielczarek.pl!

Moja przerwa trwała niemal dokładnie trzy lata. Zapewne część tamtejszej, poddanej nagłemu holokaustowi blogosfery uratowała się przed unicestwieniem, bo gospodarze platformy dali autorom blogów taką możliwość techniczną. Trudno jednak ocenić, na ile rozproszona przymusowo ciżba z szansy tej skorzystała. Mnie szkoda było marnować siedem lat pisania. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionych ekspertów z firmy Ewitryna bloga udało się uratować i w całości, bez żadnych strat własnych, przenieść pod nowy adres.

To oznacza, że wracam do pisania. Czy coś z rzeczy dla mnie istotnych radykalnie zmieniło się podczas tej przymusowej, trzyletniej przerwy? Niewiele. W Polsce nadal rządzi PiS (czyli socjalizm chrześcijańsko-narodowy), Widzew Łódź „zaciekle” walczy o awans do ekstraklasy, kultura… O, tu zmian jest najwięcej. Niestety, w ciągu ostatniego półrocza – na niekorzyść. Światowa pandemia z mocą walnęła nie tylko w krajowy, ale też globalny przemysł rozrywkowy, ze szczególnym uwzględnieniem estrady. Posypały się koncerty i zanim nie wrócą, pisać o nich nie będę. Trochę lepiej z kinami i teatrami, które tuż po wakacjach powinny zacząć działać w normalnym trybie.

Poza aktualnymi spostrzeżeniami na łamach tego bloga znajdziesz jednak, Drogi Czytelniku, szereg tekstów archiwalnych, poświęconych głównie obserwacjom polskiej rzeczywistości w latach 2011 – 17. Można teraz tam zaglądać, głównie po to, by przekonać się, że od tamtego czasu (z punktu widzenia osoby o poglądach wolnościowych) nasz świat praktycznie z miejsca nie drgnął… Wciąż dawny PPR walczy ze starym PPS-em. Zmieniają się tylko osoby i sztandary: pieniędzy w kieszeniach od tego raczej nam nie przybywa. Być może kogoś to jeszcze interesuje. Jeśli tak – zapraszam serdecznie!

O filmie Blade Runner 2049, czyli skalpel w garści

Literatura S-F zmaga się od zarania swych dziejów z najważniejszymi dylematami filozoficznymi ludzkości. Może roztrząsać je, korzystając z przywileju tworzenia równoległych światów. Umieszczenie akcji w odległej historii, dalekiej przyszłości, w najodleglejszej przestrzeni kosmosu czy nawet wirtualnym matriksie daje tej konwencji wygodę ucieczki od współczesnego otoczenia. Stwarza pretekst do rozważań uniwersalnych, ponadczasowych – by można było zrzucić z siebie niewygodny bagaż odniesień do sytuacji „za oknem”.

Cóż z takimi ułatwieniami może zrobić twórca filmowy, decydując się na adaptację dzieła SF? Może oczywiście korzystać z nich na równi z autorem literackiego pierwowzoru, dając pole do popisu uniwersalnym rozważaniom. Albo też odwrotnie: dać sobie możliwość takiego wykorzystania konwencji, by służyła ona prezentacji idei, poglądów, problemów jak najbardziej współczesnych. Pytanie, czy konwencja SF ma służyć ideologii przyziemnej, współczesnej, politycznej – czy raczej oddać się w szlachetną służbę ponadczasowej filozofii, bardzo odnosi się do ostatniej premiery filmu „Blade Runner 2049”.

Jednym z podstawowych dylematów SF było zawsze określanie człowieczeństwa i jego granic. Temuż poświęcone było opowiadanie „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” genialnego Philipa K. Dicka. Na podstawie tej krótkiej formy powstał w roku 1982 film Ridleya Scotta „Blade Runner” („Łowca Androidów”), określany do dziś mianem arcydzieła kina SF. Faktycznie, reżyser uzyskał wtedy wszystko, co udana adaptacja mieć powinna: czytelną, wartką opowieść o ważnych sprawach, podaną w niezwykle atrakcyjnej (i nowatorskiej) formie. I to z zachowaniem równowagi wszystkich tworzyw dzieła filmowego. Dziś Ridley Scott jest producentem filmu, który z samej zasady – po 37 latach od premiery poprzednika – ma nawiązywać do wszystkiego, co dało „Łowcy…” zasłużoną sławę. Jest kontynuacja opowiedzianej tam historii, choć już nie w oparciu o literacki pierwowzór, lecz tzw. scenariusz oryginalny. Mamy tych samych (dwóch) aktorów, fragmenty żywcem w tkance „części drugiej” – no i zabiegi formalne. Film, zarówno obrazem jak dźwiękiem, ma – ewidentnie – podtrzymać wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Od tego więc zacznijmy. Widać w tym filmie uporczywą walkę, by zdjęcia i muzyka ani przez chwilę nie odstępowały od reguły genialności pierwowzoru. Operator Roger Deakins stara się malować obraz jeszcze bardziej obcy, groźny, zdehumanizowany, martwy i odpychający niż robił to trzy dekady wcześniej Jordan Cronenweth. Trzeba przyznać, że na poziomie zdjęć sequel robi wrażenie. Od pierwszych kadrów wciągani jesteśmy w głąb całkowicie jałowego, wypranego z wszelkich przytulności świata, gdzie nie ma się gdzie schować ani dokąd pójść. Na klatce schodowej, pod drzwiami kawalerki głównego bohatera na co dzień bytuje stado kloszardów. A od mrocznych, rozświetlonych jedynie agresywnymi reklamami miast nie da się uciec „na łono przyrody”. Takiego po prostu nie ma: jest pustynia, gigantyczne złomowiska, martwe szeregowce szklarni na farmach białkowej „żywności” oraz skażone radioaktywnie ruiny. Krajobraz po nuklearnej apokalipsie, którego w filmie sprzed lat mogliśmy się tylko domyślać, teraz staje przed nami, dokładnie obrazowany. Nie tylko w nocy – tym razem także i w dzień. Teraz wiemy i widzimy więcej, w czym niewątpliwa zasługa wizjonerskich talentów głównego operatora, ale i możliwości technicznych, jakie przez ostatnie kilkadziesiąt lat znacznie wzbogaciły arsenał środków wizualnych sztuki filmowej.

Podróż w tej krainie koszmaru nie jest dla nas monotonna dzięki warstwie muzycznej, którą Hans Zimmer i Benjamin Wallfish (trudno powiedzieć, który bardziej) stworzyli niejako „wobec” genialności pierwowzoru… Soundtrack Vangelisa to geniusz, wartość sama w sobie, rysująca pierwszemu „Łowcy…” zupełnie oddzielny wymiar. Choć futurystyczne i podniosłe, to jednak na swój sposób ciepłe, przyjazne plamy elektronicznej muzyki dawały tamtemu światu swoistą miękkość – stwarzały oddech dla widza, wizualnie zanurzonego w mrokach i niepokojach kreowanego piekła… Dziś tego nie ma. Żadnej przyjaźni ani miękkości, jest ból. Dosłowny, fizyczny, atakujący przez głośniki na sali kinowej zgrzytem industrialnych, ultra-niskich częstotliwości. Ten świat to bardzo złe miejsce, drogi widzu, i masz tak właśnie się poczuć. Muzyka, jak i w pierwowzorze, mocno „wystaje” ponad obraz filmowy, stając się niezwykle autonomicznym tworzywem. I tym razem także jej samodzielność nie przeszkadza. A przynajmniej nie tak, jak agresja, z którą dźwięk co chwila przypomina, byśmy raz jeszcze „zdali sobie sprawę z powagi sytuacji”. Zbyt mocno, zbyt często i zbyt dosłownie. W tej konkurencji – punkt dla Vangelisa, zdecydowanie.

Dokąd wiodą zatem twórców „Blade Runnera 2049” tak poważnie traktowane sprawy formalne? Dwóch scenarzystów napisało historię, która – wręcz linearnie – kontynuuje losy znanych z pierwszej części bohaterów. „Nowy” łowca androidów, detektyw K. (Ryan Gosling) to jednak postać utworzona na potrzeby sequelowej kontynuacji. Jest replikantem, co wiadomo niemal od pierwszej chwili. Wykonuje rutynowe zadanie: odnajduje kolejnego z rebeliantów, androidów starego typu, buntujących się w dawnych czasach przeciw multi-wyzyskowi na koloniach pozaziemskich… Ma go zabić, ale przy okazji trafia na trop pewnej zagadki, która – o ile się wyjaśni – na pewno zburzy istniejący porządek społeczny, całą równowagę. Ten ład, który bardzo precyzyjnie oddziela człowieka od stworzonych przezeń ras „mniej ludzkich”, ma szansę zostać trwale unicestwiony. Zaczyna się długa (prawie trzygodzinna) i mozolna podróż w stronę ostatecznego rozwiązania, które – jak łatwo się domyślać – tak naprawdę nie następuje, stwarza za to widzowi pole do interpretacji… Jednocześnie startuje i rozwija się kilka wątków, nie do końca pobocznych, ale równie ważnych pod kątem treściowej analizy. Tych uniwersalnych, najważniejszych pytań o kondycję człowieka, zadaje reżyser Denis Villeneuve co najmniej kilka…  Ale na plan pierwszy, obok kryminalno-sensacyjnej (niestety, nie najwyższych lotów dramaturgicznych) fabuły, wybija się – w całkowitym rozminięciu z treścią pierwszej części – wątek społeczny. W pewnej chwili staje się jasne, że tylko rewolucja uciśnionej klasy pracującej może zmienić ten okrutny świat, zdominowany przez wszelkie zło, uosabiane przez krwiożerczy, ksenofobiczny, faszystowski kapitalizm, a którego wrogą aurę tak mocno wszyscy w kinie odczuwamy, dzięki obrazom i muzyce… Skupienie na poziomie tej właśnie, nadzwyczaj współczesnej ideologii polityczno-społecznej, uznaję za najsłabszą stronę nowego filmu producenta Ridleya Scotta i sztabu jego ludzi. Mamy wyraźny manifest światopoglądowy. A choć dylematy z katalogu najwznioślejszych zagadnień człowieczeństwa z pewnością są tu poruszane, jest wyraźne zepchnięcie ich na plan dalszy.

Jest więc w nowym „Łowcy…” słaby scenariusz, rozwlekła historia (dłużyzn w opowieści nie przykrywają walory obrazowo-muzyczne, choć z pewnością takie miały zadanie) oraz… nijakie aktorstwo. Nie ma tu wybitnych kreacji, choć widać, że nie „pod” aktorów film ten został skrojony. Gdy, w oparciu o niemal teatralny tekst P.K Dicka, stworzono w pierwowzorze miejsce dla aktorskiej kulminacji (niezapomniany Rutger Hauer i jego „łzy w deszczu”) – tutaj braki dramaturgiczne niejako wymusiły zepchnięcie aktorstwa na dalszy plan. Następuje zakłócenie równowagi tworzyw, widowisko zabiera aktorom możliwość wykazania się swoim kunsztem. Dotyczy to wszystkich postaci tego filmu. I tworzy też powód, dla którego sequel „Blade Runnera” jednak nie dorównuje pierwowzorowi.

Choć, mówiąc uczciwie, jest to film w jednej kwestii nowatorski. Świetnie, wybitnie wręcz poprowadzony został wątek miłosny. Zarówno na poziomie tekstu jak i zabiegów czysto filmowych, wątek ów realizujących – do historii kina przejść powinna genialna scena erotyczna, z udziałem „zsynchronizowanych” postaci kobiecych…  Doskonale też w widowisku Villeneuva funkcjonuje przestrzeń efektów specjalnych: plan aktorski skleja się z rzeczywistością wirtualną tak niezauważalnie, że ani przez chwilę nie mamy poczucia braku wiarygodności kreowanego świata. Nie ulega jednak wątpliwości: monumentalny, przytłaczający swą formą nowy „Łowca androidów” nie jest dziełem na miarę genialnego przodka. Choć krzyczy do nas efektami, a czasem bolesną dosłownością cięcia chirurgicznego skalpela, nadzwyczaj często w tym filmie używanego.

O nowym Decapitated, czyli „Anticult” w natarciu!

Decapitated-Anticult

Ten album to „Blood Mantra 2”, lub – jak piszą niektórzy – „Blood Mantra Bardziej”. I nie ma się o co spierać, tylko należy przyjąć do wiadomości, że Decapitated do wymagającego, skomplikowanego techno/death metalu ze starych swoich czasów prawdopodobnie już nie wróci. Nie piszę: „na pewno”, ale jak znam Wacka, to raczej nie ma on w swej naturze czegoś, co nazywalibyśmy artystycznym oglądaniem się za siebie. Przeciwnie: Vogg jest nadzwyczaj progresywnym twórcą, niektórzy nazywają go nie tylko wirtuozem gitary, ale wręcz wizjonerem. A twarde fakty są jeszcze takie, że ostatni etap działalności jego kapeli, wyraźnie inaugurowany reaktywacją oraz albumem „Carnival is Forever” to jakby galopująca, hiperszybka ucieczka w przód. Nie tylko od tego, co w swej tragicznej treści zdarzyło się przed dekadą, ale i „do” czegoś nowego – w zakresie stylu, charakteru Decapitated, a nawet (odważę się powiedzieć) muzycznego gatunku, który zespół na użytek swych odbiorców stwarza, rozwija i pielęgnuje od „Blood Mantra”.

Jakiż to nowy gatunek, zapytacie… Czy wystarczy umiejętnie połączyć własne, death metalowe korzenie z wpływami thrashowymi, odrobiną nu metalu i groove, żeby zasłużyć na miano twórcy odrębnej gałęzi ostrej muzyki? Słuchając „Anticult” wiem na pewno, że Vogg potrafi niezwykle płynnie skleić pod palcami wszystko to, co gdzieś z zewnątrz napłynęło mu do głowy. Zawsze tworzył eklektycznie, ale teraz ów collage jest bardziej wyrazisty… Czasami słychać konkretne naleciałości. I te słynne „wpływy” opisują już recenzenci, słysząc teraz pomiędzy dźwiękami Decapitated najczęściej Panterę, Lamb Of God czy Hatebreed. Jeśli w ogóle mowa o stylistycznych podobieństwach, to osobiście doszukiwałbym się tu raczej wpływów Slayera, a najbardziej Sepultury… No, ale sam fakt, że każdy coś innego stamtąd wyciąga, już świadczy o artystycznym mistrzostwie Vogga. Wacek jest jednym z najlepszych kompozytorów metalowych na świecie. Ma nie tylko słuch i talent, wrodzonego czuja (groove) i przygotowanie akademickie na poziomie mistrzowskim. Dziś ma również wieloletnie doświadczenie, pozycję międzynarodowego autorytetu oraz bazę oddanych fanów. To wszystko sprawia, że muzyka Decapitated jest niepowtarzalna. A Wackowe riffy, których nie da się pomylić z niczym innym, budują wokół siebie odrębny, własny obszar – gdzieś pomiędzy granicami znanych i omawianych stylów muzycznych. Stawiam raz jeszcze tezę: dziś Decapitated tworzy odrębny gatunek metalu. Może jeszcze nie tak, jak Slayer, ale… już prawie.

Taki też – oryginalny, ale i w jakimś sensie „slejerowski” – jest album „Anticult”. Jego zwarta, diabelnie potężna konstrukcja w swych trzydziestu ośmiu minutach aż bije po oczach podobieństwem formy (miażdżącego pocisku) do arcy-genialnego „Reign In Blood”. Wystrzelić, trafić i zabić. Nie ma tam sekundy na odpoczynek czy chwilę refleksji. Jest najzwyklejsza pięściopiryna, cios w ryj. Gdyby okładka „Vulgar Display Of Power” była jeszcze raz do wykorzystania, należałoby wstawić ją właśnie tutaj, na nowy Decap. Skoro zaś pewne jest, że brzmieniowo czy stylistycznie „Anticult” jest wersją rozwojową „Mantry” – owo zabójcze tempo właśnie go od poprzedniczki odróżnia. Owszem, „Blood Mantra” była szybka i zwarta. I nawet też podobna formą do „trójki” Slayera. Ale miała w swej budowie wyraźną fazę zwolnienia – a raczej refleksji, jakby podsumowującej obserwowaną zagładę. Jako całość nowy album takim fragmentem nie dysponuje, ale też byłby on absolutnie zbędny. Trochę inna tu filozofia: zmiażdżyć i unicestwić, nie dawać możliwości kontemplacji dzieła zniszczenia. I to właśnie największa różnica między „Mantrą” a „Cultem”: klimat. Atmosfera poprzedniczki, bardzo sugestywna, duszna, wręcz gęsta od pyłu nad bitewnymi zgliszczami ustępuje na rzecz siły jednego, potężnego ciosu. A po nim nie ma się już nad czym zastanawiać.

Dwie sprawy, związane z zawartością płyty „Anticult” są dość powszechnie komentowane. Po pierwsze – gra perkusji, w opinii krytyków zbyt monotonna i prosta. Nieprawda: gary są wymyślone dokładnie tak, jak trzeba. Tam, gdzie nie ma miejsca na przejścia czy subtelne zagęszczenia, Vogg ich po prostu nie napisał. To i Michał zagrał tak, jak było w nutach. A zagrał świetnie. „Mieli” ten bęben nieziemsko, na najwyższych obrotach, aż nogi i łby rwą się do podskakiwania. Oj, będzie dobrze na koncertach! Po drugie: wokal Rasty. Że niby zbyt płaski, skrzeczący, bliski stylistyce Maxa Cavalery… Owszem, Rasta śpiewa inaczej niż na „Carnival…”, a prawie tak samo, jak na „Mantrze”.  Ale śpiewa po swojemu. Tak, jak do tej muzyki pasuje i jest potrzebne.

Nie chcę tu analizować po kolei utworów na „Anticult”. Wszystkie mają niewiarygodną moc i siłę zniszczenia, wynikają jeden z drugiego, następują po sobie jak rozdziały dobrze napisanej powieści. Która zresztą szybko się kończy, pozostawiając – czegóż innego się spodziewać – wrażenie oczywistego niedosytu. „Anticult” zapętliłem sobie w odtwarzaczu, jak kiedyś „Mantrę”. Po jakimś czasie tamtą płytę zacząłem jednak przewijać, puszczając kilka taktów „Blindness” omijałem także „Red Sun”, szukając bonusowej „Mothry”… Dziś nie robię tego z „Anticult”. Gdy nadciąga kapitalny „Never” czekam niecierpliwie, aż wybrzmi po nim finałowy „Amen” – i jadę od początku. Klimat „Blood Mantra”, od którego byłem w swoim czasie uzależniony, jest dla mnie – jeszcze – wartością, której na syntetycznym „Anticult” trochę brakuje. Ale wiem, że obie te płyty są dla słuchacza obowiązkiem.

O zamieszaniu z odmianą, czyli jak traktować własne nazwisko

Pan Jacek Saryusz-Wolski wzbudził ostatnio burzę nie tylko przez uwikłanie w sprawy polityczne, ale też dzięki komplikacjom, jakich przysporzyła zainteresowanym odmiana jego nazwiska.

Casus jest niby prosty: w polszczyźnie odmieniamy wszystko „co się rusza”, gdy tylko da się odmienić. Jednakże nazwiska dwuczłonowe męskie, gdy mają pierwszy człon pochodzący od herbu bądź przydomka rodowego, są wyjątkiem. Pierwszego członu wówczas nie odmieniamy (np. Janusza Korwin-Mikkego) – chyba, że nie ma się pewności co do prawdziwego pochodzenia tegoż… Wtedy trzeba sprawdzać.

Reguła jest twarda. Trudno jednak, by przeciętny Kowalski znał na pamięć zawartość Herbarza Rzeczpospolitej. Nie każdy, kto publikuje, ma ponadto czas na grzebanie w historycznych aktach: wówczas z pomocą przyjść może kontakt z samym właścicielem nazwiska. Jacek Saryusz-Wolski chciał rozwiać wątpliwości, prosząc uprzejmie na Twitterze, by pierwszego członu mu nie odmieniać, bo tak sobie akurat życzy.

Tu jednak wątpliwości dopiero się pojawiły… No, bo – jak to? Czy właściciel nazwiska o kontrowersyjnych zasadach odmiany może, ot tak sobie, zażądać lub poprosić o cokolwiek? Czy jego wola wystarcza, by iść w sprzeczność wobec polskich norm językowych? I czy – jeśli stosowanie odpowiedniej formy nie jest ani jasne, ani oczywiste – powoływanie się na wolę posiadacza nazwiska jest błędem odmieniającego?

Cała sprawa z kilku warstw się składa, zatem warto chyba pochylić się nad jej spokojnym rozłożeniem. Zacznijmy od samej gramatyki. Mamy tu coś w rodzaju stosowania się do znaków drogowych na skrzyżowaniu. W odpowiedniej kolejności: najpierw światła, potem znaki pionowe, a na końcu – znaki poziome. Tu jest identycznie: najpierw mamy regułę. Tę stanowi brak odmiany członów herbowych lub przydomków. Jeśli mamy wątpliwość, co do pochodzenia członu – wówczas wolno nam odmienić, w myśl zasady, że „nieherbowy” pierwszy składnik nazwisk męskich odmieniamy w każdym przypadku. To taki „znak pionowy”. Ale jeśli i tu mamy wątpliwość, powinniśmy działać w myśl woli, jaką wyraża właściciel nazwiska. „Znak poziomy”, ale przesądzający ostatecznie o zachowaniu odmieniającego.

Dla jasności – chodzi o konkretną osobę. Na przykład: pana Jacka Saryusz-Wolskiego, nie zaś wszystkie osoby, noszące nazwisko Saryusz-Wolski. Ale jeśli  pan Jacek życzy sobie, by pierwszy człon jego nazwiska nie był odmieniany, z całą pewnością ma prawo taką prośbę wobec świata wyrazić. Tak, jak właściciele firmy IKEA uprzejmie proszą Polaków, by w naszym języku nazwy ich nie odmieniać, choć zasady fleksji polskiej każą tę odmianę robić. A zatem: nie „idziemy do IKEI”, tylko „idziemy do IKEA na zakupy”, bo tak chce właściciel marki. I również ma pełne prawo taką prośbę kierować do świata. I – jak się zdaje – wówczas prośba ta określa językową normę, właściwą dla tylko tego, wyjątkowego przypadku. A każdy językoznawca powie, że język jest tworem żywym, normy zmieniają się, podlegając ewolucji – i nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć stosować coś, co dotąd normą nie było. Jak na przykład polską odmianę rzeczownika „radio”.

Jest pewne, że wola właściciela nazwiska nie może burzyć normy oczywistej. Jeśli nazywam się Mielczarek, nie mogę zażądać ni prosić, by mojego nazwiska nie odmieniano: dostaję zresztą szału, gdy dzwoni handlowiec z jakiejś telefonicznej firmy i pyta, czy rozmawia z panem Remigiuszem Mielczarek… Marny wtedy jego los. Ale gdy mój kolega nazywa się Fiećko, ma pełne prawo żądać, by jego nazwiska nie odmieniano! Tak zresztą jest w przypadku wymienionego kolegi. Co nie zmienia faktu, że kwestia decyzji prywatnych w sprawie odmiany nazwisk powinna być wiążąca jedynie wówczas, gdy (jak w przypadku męskich nazwisk dwuczłonowych) zachodzą jakiekolwiek wątpliwości w sprawie fleksji.

Są jednak i tacy, którzy kwestionują prawo właścicieli do decydowania o własnych nazwiskach – w sprawie odmiany, którą powinniśmy (lub nie) stosować wbrew regułom polszczyzny… Tych ludzi zrozumieć mi najtrudniej. Nazwisko jest naszym dobrem osobistym, mamy oczywiste prawo do jego ochrony. Jeśli więc zachodzą jakiekolwiek wątpliwości względem odmiany mojego nazwiska, z pewnością mogę złożyć na ręce świata prośbę, by odmieniano (lub nie) podług mojej woli. I chyba jasne jest, że stanowię wówczas normę.

No, chyba że w ogóle kwestionujemy ideę prawa własności. Jest to wtedy jednak problem ideowy, a nie gramatyczny. Problem, który nazywa się socjalizm – i niszczy naszą planetę od chwili, gdy się na niej pojawił.