O godzinie milicyjnej w Sylwestra, czyli jak pandemia słabości systemów obnaża…

Jak wiadomo, zgodnie z rozporządzeniem władz RP, w Noc Sylwestrową nie było można wyjść z domu. To znaczy, że Polakom nie wolno było uczestniczyć w żadnej masowej zabawie noworocznej – wyjątek stanowiły domówki, organizowane od 18-tej do 6-tej rano. Pretekstem do wprowadzenia tak drakońskiej zasady była, oczywiście, troska o zdrowie obywateli, zagrożonych wciąż rozwijającą się epidemią COVID-19.

Choć w zamieszaniu modyfikowano nazewnictwo i zakres tej restrykcji, skutek był taki, że nie było żadnych sylwestrów plenerowych, a Polacy siedzieli w domach. Na wszelki wypadek: żeby nie złapać wirusa ani policyjnego mandatu.

Pomijam już fakt, że polscy obywatele mają w Konstytucji zagwarantowaną wolność poruszania się, gdzie chcą (a ten przywilej naruszyć można jedynie przepisami innej spec-ustawy, nie zaś żadnym rozporządzeniem). Mniejsza też o to, że ludzie – którym można wmówić wszystko poza faktem, że zakazywanie im robienia, co chcą, jest dla ich dobra – pewnie i tak gdzieniegdzie bawili się na ulicach. A tylko niezwykłe zdyscyplinowanie Narodu, choć pewnie i lęk przed karami, nie doprowadziły do masowych, kuriozalnych sytuacji z udziałem Policji

Ważne jest to, dlaczego naprawdę rząd posuwa się do tak drastycznych (i chaotycznych) zachowań, przecząc samemu sobie i wykazując – wciąż – kompletną bezradność w walce z pandemią. Mimo zainaugurowanych już w styczniu szczepień ochronnych.

Tę bezradność widać już nawet w oficjalnych wypowiedziach Ministra Zdrowia. Sam przyznawał, że system ochrony zdrowotnej obywateli jest na granicy wydolności i trzeba go chronić decyzjami rządowymi. Po to, by nie załamał się kompletnie pod naporem „trzeciej fali” wirusowej inwazji.

Jak doskonale wiemy, COVID nie jest zjawiskiem polskim a obostrzenia z nim związane dotyczą ludzi na całym świecie. Mamy więc jaskrawy dowód, że wykazana przez pojawienie się pandemii słabość systemów ochrony zdrowia, tych publicznych, nazywanych „zdobyczą cywilizacyjną współczesnego świata”, również jest zjawiskiem globalnym.

Ale wiemy też, że nie w każdym kraju rządy zachowują się podobnie jak w Polsce, gdzie zakazano ludziom bawić się w Nowy Rok. To z kolei pokazuje, że jednak w różnych krajach systemy ochrony zdrowia funkcjonują na odrębnych, właściwych danemu państwu zasadach szczegółowych.

Systemy te, w warunkach – nazwijmy to – pokojowych, gdy ludność nie zwraca się do państwa o pomoc zdrowotną masowo, jakoś funkcjonują w większości państw na świecie. Bywa lepiej lub gorzej z tą zdrowotną opieką na poziomie podstawowym, ale generalnie człowiek lżej chory w krajach cywilizowanych do lekarza bez problemu się dostanie. Czy będzie mu przepisany właściwie dobrany antybiotyk, czy tylko paracetamol – to już odrębny temat. Ważne jest, że na codzienne przypadłości system z zasady daje nam odpowiedź pozytywną, od cywilizowanych krajów biednych po najbogatsze. Wyjątek być może stanowią najuboższe państwa afrykańskie, gdzie dostęp nie tylko do służby zdrowia, ale i do wody czy pożywienia, jest wciąż niewystarczający.

Problem zaczyna się wtedy, gdy leczyć trzeba choroby ciężkie: na przykład onkologiczne, przewlekłe lub, co widać teraz wyraźnie, zakaźne o wysokim stopniu ekspansji. Chodzi rzecz jasna o pieniądze na leczenie. Środków brakuje albo na kosztowne terapie, albo na tworzenie struktur medycznych, gotowych odeprzeć nagły przypływ pacjentów, w jednym czasie wymagających pomocy.

Czemu tak jest, zapytamy. Czemu świat wciąż nie znalazł sposobu na efektywne działanie systemów ochrony zdrowia, gdy to jest naprawdę niezbędne? Czemu wszystkie bez wyjątku kraje mają nagle problem ze znalezieniem pieniędzy i przekazywaniem ich tam, gdzie są najbardziej potrzebne: na ratowanie życia i zdrowia ludzkiego?

Odpowiedź, proszę państwa, jest prosta. Otóż każdy publiczny system ochrony zdrowia sam pożera znaczącą część kwot, które w każdym państwie są przeznaczane na jego działanie.

Każdy system to także biurokracja, która służy do jego obsługi. Czyli działające w tym celu urzędy i zatrudniani w nich ludzie. To oczywiście kosztuje. W niektórych krajach (np. w Skandynawii) tej biurokracji jest mniej, przez co same systemy działają sprawniej. W ogóle wówczas usługi publiczne są na wyższym poziomie, bo z biurokracją jest tak, że z reguły dotyczy całej publicznej sfery życia, nie tylko wybranej działki, np. ochrony zdrowia. Ma to też przełożenie na decyzje rządowe w sytuacjach kryzysowych. Zawsze jakoś godzące w obywateli, ale jednak o różnym stopniu szkodliwości. Na przykład: każdy kraj po swojemu zwalcza pandemię.

W innych krajach, jak w Polsce, tej biurokracji jest więcej, przez co system zdrowia publicznego jest mniej wydajny. Częściowo to spadek po komunizmie, ale także efekt tzw. reformy powiatowej z lat 90-tych. Mamy Ministerstwo Zdrowia, ale też potężny w swej strukturze NFZ, część ZUS-u, odpowiedzialną za świadczenia zdrowotne – wreszcie różnego rodzaju wydziały i departamenty zdrowia w instytucjach lokalnych, od urzędów wojewódzkich, miast i starostw po urzędy marszałkowskie.

Ile to wszystko kosztuje? Nie mam pojęcia. Ale byłoby dobrze kiedyś zbadać dokładnie: ile miesięcznie, z naszych podatków, przeznacza się pieniędzy na utrzymanie tych wszystkich stanowisk, biur i instytucji. Jaka kasa, zamiast na leczenie chorych obywateli, przeznaczana jest na utrzymanie bezproduktywnych stanowisk pracy w sektorze zdrowia publicznego. Dałoby nam to wyobrażenie, ile można by zrobić w systemie ochrony zdrowia, gdyby te wydatki zostały wyeliminowane.

Są bowiem dwie proponowane drogi (zgodnie z definicjami nowoczesnej, wolnorynkowej ekonomii) na poprawienie dobrostanu ludzi chorych w każdym państwie. Albo należy sprawić, by ludzie stali się zamożniejsi, zwalniając ich z obowiązkowych składek na rzecz biurokracji państwowej – albo ową biurokrację radykalnie zmniejszyć, pozostawiając strumień kasy z podatków lub składek na realizowanie usług, a nie na mnożenie instytucji system ten obsługujących.

W pierwszym przypadku ludzie sami odkładaliby pieniądze, np. w systemie dobrowolnych i prywatnych ubezpieczeń, na własne leczenie. Wtedy, gdy zachorują, sami mogą zapłacić za wyjście z choroby, nie oglądając się na jakość usług państwowych. Przykład takiego systemu mamy dziś w USA.

W przypadku drugim obywatele płacą wysokie świadczenia, przez to są mniej zamożni – ale jakość usług publicznych jest na odpowiednio wysokim poziomie. Bo pieniądze, zamiast na biurokrację, wydawane są naprawdę na potrzebne terapie. Przykład takiego systemu mamy w krajach skandynawskich.

W Polsce żaden z tych modeli nie jest stosowany. Ludzie są biedni, bo lwią część ich dochodów zabiera im państwo. Otrzymują w zamian bardzo kiepski i mało wydajny system usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej. Dlatego, że pokaźny zasób gotówki, potrzebnej do realizacji tych usług, pochłania biurokracja utrzymywana pod pretekstem ich obsługi. Ludzi nie stać więc, generalnie, na leczenie prywatne – a publiczny system zdrowia zatyka się, z braku pieniędzy, gdy tylko pojawiające się wyzwanie staje się poważne. Jak teraz, z COVID-em.

Ot i cała tajemnica niezrozumiałych decyzji rządu w sprawie pandemii. Te rozporządzenia nie służą tak naprawdę ochronie naszego zdrowia. One służą ochronie systemu. Żeby się nie zawalił i nie pociągnął za sobą w przepaść polityków, którzy go pielęgnują. Polityków, żyjących z systemowego socjalizmu – bez względu na to, pod jakim sztandarem, czerwonym czy czarnym, go realizują.

O aborcji u libertarian, czyli wolność zniewolona?

Wolnościowcy nie są zgodni co do tego, czy poprzeć aborcję. W ugrupowaniu pozornie jednomyślnym wobec przyzwalania dorosłemu człowiekowi na wszystko, poza ograniczaniem wolności innej osobie – na nieograniczoną aborcję zgody nie ma. Wykształciły się dwa libertariańskie nurty (pro-choice vs. pro-life), prezentują skrajnie odmienne podejścia. Zdaje się, że zgodnie z ideowym obyczajem członkowie jak i sympatycy Partii Libertariańskiej mają w kwestii aborcji całkowitą wolność poglądów, a sama partia jednolitego stanowiska nie przedstawia. Daje tylko enuncjację, że kobieta powinna móc sama podjąć decyzję, czy aborcja jest złem – ale móc decyzję o aborcji podjąć (obciążając ewentualnie tylko własne sumienie) bez żadnych ograniczeń prawnych. Pod pewnymi wszakże warunkami.

Temat jest ciekawy i etycznie złożony: na ile bowiem wolność matki jest tu tożsama (czy w ogóle) z wolnością dziecka, będącego w rozumieniu naukowym istotą ludzką już w chwili poczęcia? Czyje prawo wolności – dziecka czy matki – jest tu chronione bardziej???

Zgodnie z libertariańską ideą każdy człowiek musi mieć prawo do stanowienia o sobie samym na warunkach ściśle określonych przez prawo, które – zapewniając wolność jednostce – równie mocno chroni jednostkę przed zamachami na jej wolność ze strony innych ludzi oraz instytucji. Są też (mówią o tym wiele razy liberalni, w tym libertariańscy, doktrynerzy) różne rodzaje wolności. Można być wolnym „od” czegoś: ucisku państwowego, ataku na własność prywatną i wizerunek, ale też od złodzieja, mordercy, gwałciciela, napastnika, czy nawet nadmiernego hałasu, dymu tytoniowego w pobliżu itp. Istnieje też wolność „do”, czyli (inaczej mówiąc) niezbywalne prawo do – życia, posiadania własności, niepodległości państwowej, nienaruszalności naszych dóbr osobistych i wizerunku, równości wobec prawa, ale też do posiadania broni, prawa jazdy czy psa.

Dlatego też wśród najważniejszych – nienaruszalnych – praw jednostki ludzkiej na świecie jest prawo do ochrony życia. To jest najważniejsza, podstawowa wolność człowieka: nikt nie może przyjść i mnie tak sobie, bezkarnie zabić. Dlatego właśnie libertarianin będzie często zwolennikiem kary śmierci za świadome zabójstwo (przynajmniej powinien nim być) – i dlatego też żaden libertarianin nie poprze aborcji na życzenie.

Nie ma wytłumaczenia, że wpadka albo że „mój brzuch – moja sprawa”. Ochrona życia należy się każdemu: tobie, dziewczyno, ale tak samo dziecku w twoim brzuchu. Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność twojego dziecka. W tej sytuacji jesteście idealnie równi wobec prawa… Skąd jednak oficjalne stanowisko Partii Libertariańskiej, że powinnaś mieć wolność wyboru w sprawie własnej aborcji? A, bo skoro uważasz, że chcesz taką niegodziwość popełnić, obciążając własne sumienie, to żaden urzędnik państwowy nie powinien Ci tego zabronić. Ale – uwaga – w sytuacjach szczególnych. Takich, jak zagrożenie twego życia albo jednoznaczne rokowania letalne wobec płodu. Każda inna sytuacja będzie zabójstwem i jako takie powinna być zakazana prawnie.

Warto by nieco szerzej wyłożyć zagadnienie.  Libertarianin bowiem nie może być zwolennikiem przerywania ciąży jako prawa absolutnego: tam, gdzie zaczyna się ludzkie życie (a zaczyna się w łonie matki), tam obowiązuje prawo, chroniące życie ludzkie. Libertarianin może natomiast (i powinien) domagać się rozszerzenia bezwzględnego prawa o ściśle opisane wyjątki, bo np. nie każda ciąża jest świadomym aktem powołania do życia ludzkiej istoty.

Na przykład gwałt, czyli brutalne naruszenie wolności osobistej kobiety skutkuje faktem ciąży patologicznej społecznie: powołanie życia ludzkiego nie było tu poprzedzone świadomością faktu, że ciąża może się zdarzyć. Dziecko samo swego powstania nie zaplanuje, przeto brak siły decyzyjnej o jego świadomym powołaniu do życia (świadomym, nie zaś zaplanowanym – nie ma usprawiedliwienia dla wpadek) już powinno być wyjątkiem w ustawie.

Zagrożenie życia kobiety wskutek przymusu donoszenia płodu bezwzględnie rokującego śmierć po narodzeniu powinno być także objęte przyzwoleniem prawnym na aborcję – z takiego powodu, że wtedy wartością bezwzględnie chronioną musi być życie matki. Dopiero po zaakceptowaniu takich wyjątków libertarianin może dopuścić w prawie względy etyczne, tzw. dać matce wybór, czy chce skorzystać z aborcji, jeśli byłoby dla niej ku temu bezwzględne wskazanie, medyczne lub społeczne. W każdej innej sytuacji libertarianin powinien chronić życie każdego człowieka, także nienarodzonego.

W konkluzji: życie nie jest czarno-białe, zdarzają się przypadki ciąży patologicznej – i wówczas kobieta powinna mieć wybór, czy skorzystać z prawa do aborcji. W każdej ciąży niepatologicznej, czyli zaplanowanej i zdrowej, aborcja powinna być zakazana: tak, jak zakazane jest zabijanie człowieka już narodzonego. Czy taka wykładnia będzie odpowiadać obydwu „frakcjom aborcyjnym” w gronie zwolenników myśli libertariańskiej???

O Libertarianach demonstrujących, czyli nowa opcja

Niektórzy pytają, skąd wzięła się w antyrządowych demonstracjach żółta flaga z wizerunkiem ostrzegawczo prostującego się grzechotnika i napisem „Don’t tread on me!” (w wolnym tłumaczeniu – „wara ode mnie!”, w bardziej dosłownym – „nie depcz po mnie!”). Młodzi ludzie flagę taką niosący spotkali się Krakowie z agresywnym atakiem Antify. „Nie pasujecie tutaj” – mieli usłyszeć poszkodowani, a ich flaga Gadsdena, symbol amerykańskich wolnościowców, podeptana znalazła się na ziemi.

Bo też mają wielki problem z Libertarianami (tak, ich właśnie rzecz dotyczy) lewicowi bojówkarze. Wolnościowcy (od francuskiego „Liberte”) nie mają bowiem nic wspólnego z lewicą. W sensie gospodarczym opowiadają się za kapitalizmem, w tym za poważnym ograniczeniem roli państwa w gospodarce. Chcą obniżki podatków, deregulacji, a także decentralizacji państwa. Mają przez to coś wspólnego z wolnorynkową frakcją Konfederacji, ale – stop – Libertarianie, głównie przez światopoglądowy program, wyraźnie odcinają się też od polskiej prawicy (nazywanej tak przecież z racji na głoszony konserwatyzm obyczajowy i związki z kościołem).

Program obyczajowy Libertarian to kwintesencja słynnego, zwalczanego przez katolickich duchownych „Róbta, co chceta”. Ich hasłem jest swoboda obyczajowa. „Uznajemy, że moralność nie może podlegać obiektywnej ocenie ani regulacjom państwa. Tak długo, jak długo swoim postępowaniem nie naruszasz wolności drugiego człowieka, nie będziemy wchodzić do Twojego talerza, łóżka czy Twoich tradycji” – głoszą wolnościowcy na swej stronie internetowej www.partialibertarianie.pl . Chcą też zastąpić państwowe małżeństwa umowami cywilno-prawnymi, zalegalizować marihuanę i inne substancje psychoaktywne (pod szczególnymi warunkami). Mówią też o równouprawnieniu związków wyznaniowych.

Co zrobić z takimi cudakami, zastanawiałby się obserwator polskiej sceny politycznej. Libertarianie idą bowiem w poprzek tradycyjnemu podziałowi, ustawiającemu lewicę po jednej stronie z „późnymi wnukami” komuny, a prawicą nazywając tych, którzy jako „czarni” usadawiają się w kościelnej krypcie. Otóż wygląda na to, że ów przaśny podział (jak mówią, dawny PPR wciąż walczy z dawnym PPS-em), ustanowiony w roku 1989 i zakonserwowany okrągłostołowym układem w Magdalence właśnie ma szansę się zakończyć.

Młodzi ludzi dostrzegli bowiem, że świat wcale nie jest czarno-biały, a raczej: czarno-czerwony i chyba czas już najwyższy zerwać z dwubiegunowym jego widzeniem, wmawianym ciągle Polakom w imię ponoć lepszej (dla kogo?) sprawy. Jednak nie tak łatwo jest skopiować polityczną rzeczywistość USA, gdzie walka o władzę rozgrywa się jedynie między Demokratami a Konserwatystami (spośród których to stronnictw żadne nie promuje socjalizmu) – na grunt polski, gdzie mają utrwalić się wyłącznie „lewacy” (wszystko jedno, komunistyczni, czy PO lub KO-derscy), walczący z „prawakami”. Bo u nas, dla odmiany, obie strony tak samo promują socjalizm. I to właśnie zauważyli (wreszcie!) Libertarianie.

Piszą dalej na swej stronie tak: „Odrzucamy powszechny podział na prawicę i lewicę, z których pierwsi postulują wolną gospodarkę kosztem regulacji, dotyczących naszego życia, a drudzy wprawdzie zostawiają nam wolną rękę jeśli chodzi o nasze zachowania, ale wyrażają wielką chęć do odbierania nam wypracowanego kapitału.” Trzeba tu oczywiście natychmiast sprostować, że taki na przykład rządzący (a podobno prawicowy) PiS nie postuluje żadnej wolnej gospodarki, mając w swym programie socjalizm często bardziej okrutny niż mieli komuniści. Ale mniejsza już o precyzję: pojawił się wreszcie ktoś, kto postuluje nam w Polsce bezwarunkowe i kompleksowe zmiany, radykalną czyli ustrojową przebudowę warunków życia w kraju nad Wisłą, opartą na fundamentach wolności osobistej. Zarówno materialnej jak i „duchowej” (światopoglądowej). Na wzór najbogatszych państw tego globu. Oczywiście, w największym stopniu, przetestowany w Stanach Zjednoczonych.

Nie widzę jednak w programie Partii Libertariańskiej, istniejącej legalnie w Polsce od początku 2020 roku, żadnego punktu, mówiącego o zwalczaniu biurokracji. Warto przypomnieć wolnościowcom, że dzisiejsza polska bieda ma swoje korzenie głównie w pozostawieniu, właściwie bez tknięcia, komunistycznych przepisów administracyjnych. Niektóre ustawy i przepisy, opisujące zarządzanie państwem, pochodzą żywcem jeszcze z czasów stalinowskich. Wierzę, że libertariańskie postulaty podatkowe idą w parze z jednoczesnym zmniejszaniem biurokracji oraz etatyzmu. To jest warunek ustrojowego paradygmatu wolnościowego.

Oczywiście były już w Polsce ugrupowania wolnorynkowe. Jak w latach 90-tych UPR. Ich przywódca, Janusz Korwin-Mikke, po trwających dwie dekady rozłamach, zmianach nazw, „aferach agenturalnych”, postanowił wyzwolić się spod odium partii kanapowej i zawarł sojusz konserwatywny z narodowcami. Później przepraszał Libertarian za kandydaturę Krzysztofa Bosaka, którego zjednoczona Konfederacja wystawiła na prezydenta – by w końcu wyzywać wolnościowców od najgorszych, tak samo jak innych, którzy poszli w demonstracjach antyrządowych. Trudno dziwić się, że z libertariańskiej perspektywy Korwin nie jest dzisiaj żadnym wolnościowcem – a na pewno nie jest dziś jedynym, głoszącym postulaty wolnej gospodarki.

Libertarianom nie przychodzi (na razie) do głowy żaden sojusz polityczny z ideowymi przeciwnikami. I bardzo dobrze: niech nauką dla nich będzie totalny chaos w wypowiedziach liderów Konfederacji, co chwila zaprzeczających samym sobie, by zachować choć cień politycznej wiarygodności. Gdy zaś dodamy pojawiające się ostatnio informacje o tajemniczych rozliczeniach w obozie tej partii (nie pierwsze to już w ciągu lat zawirowania z funduszami partyjnymi z udziałem Korwina) – wyjdzie nam, że Libertarianie to także jedyne obecnie w Polsce ugrupowanie czyste ideologicznie. To znaczy takie, które nie zawiera paktów z innymi tylko po to, by zdobyć władzę. Oby ten wizerunek pozostał nienaruszony jak najdłużej!

Wolnościowy elektorat jest bowiem szczególnie wrażliwy na punkcie szczerości, wyznając słusznie, że jajeczko nie może być częściowo nieświeże. Mniejsza jednak zresztą o polityczną konkurencję. Dziś, gdy na czele protestujących manifestacji antyrządowych już zjawili się lewicowi liderzy – wiadomo, że jedynym wartościowym skutkiem tego zrywu będzie prezentacja alternatywy dla zapieczonej od lat, dwubiegunowej sceny. I że alternatywę taką tworzą właśnie Libertarianie. Życzę im jak najlepiej. Niech przekonują tych, którzy obecnie czują się zdezorientowani, zagubieni lub oszukani. Niech systematycznie budują swoją pozycję w naszym politycznym krajobrazie – po to, by jak najszybciej wystawiać swoich kandydatów w kolejnych wyborach, na wszystkich poziomach. Bo tylko radykalna zmiana może tę naszą Polskę wyrwać wreszcie z komunistycznego bagniska.

O nihilizmie Kaczyńskiego, czyli czarne chmury nad Polską

Pan Jarosław Kaczyński powiedział w swojej tv, że władza nie może w Polsce zrezygnować z obrony Kościoła, jedynej szeroko rozpoznawalnej ostoi moralności. Dodał, że gdybyśmy od Kościoła odeszli, zostałby nam tylko nihilizm.

Otóż – nie tylko według wolnościowej interpretacji świata – Pan Kaczyński jest w błędzie. Zarządzanie świeckim państwem (obojętnie, w obrębie jakiej cywilizacji religijnej ono istnieje) polega głównie na tworzeniu prawa, przydatnego wszystkim obywatelom do życia publicznego. Owszem, w oparciu o moralność lub etykę ludzką, ale niekoniecznie moralność religijną. W rozumieniu politycznym wystarczy przy tworzeniu prawa opierać się na powszechnie znanych ludzkości (od Antyku) zasadach przyzwoitego życia, niekoniecznie zaś tych zasadach, które jako właściwe dyktuje taka czy inna religia. Dlaczego?

Po pierwsze: etyka jest starsza od każdej z żywych dziś religii. A na pewno ta pierwsza, antyczna – Sokratesa, Arystotelesa i Platona – starsza jest od Chrześcijaństwa. Oczywiście „cywilne” zasady przyzwoitego życia – takie, jak zakaz mordowania innych, zdradzania żony czy zakaz kradzieży – często pokrywają się z historycznie później ogłaszanymi przykazaniami czy prawami religijnymi. Ale zarządzanie państwem według całościowo kopiowanej religijnej dogmatyki kończy się, co jest dość klarowne, tworzeniem państwa religijnego. Rządzonego przez zasady, pochodzące z religii dominującej. W tym sensie kościelne państwo chrześcijańskie nie różni się in principium od państwa, na przykład, islamskiego, którego dominującą zasadą jest prawo szariatu.

A skoro wśród praw religijnych (jak właśnie w szariacie) dozwolone bywają na przykład zasady prowadzenia wojny religijnej w imię obrony czci swojego Boga – przeto trudno się dziwić, że my jako współczesna ludzkość zachodnia wolimy, by jednak instytucja państwa od tego typu praw była wolna. Zdecydowana większość państw cywilizowanego świata opiera się na konstytucjach świeckich, napisanych z poszanowaniem równości wobec prawa wszystkich obywateli – zarówno wyznawców dominującej religii, jak i nie podzielających tej wiary.

Polska jest dokładnie takim państwem – demokratycznym państwem prawnym, już w Preambule Konstytucji wskazującym na równość wobec prawa obywateli wierzących w Boga z tymi, którzy „czerpią wartości uniwersalne z innych źródeł.”

A to z kolei nakłada na rządzących państwem obowiązek poszanowania woli wszystkich obywateli, bez względu na wyznawaną wiarę. Wydarzenia, które ostatnio gwałtownie toczą się w Polsce, pokazują, że sposób sprawowania władzy przez obecnie będącą u steru ekipę daleki jest od zasady takiej równości. Toczy się bolesny spór o sprawy światopoglądowe, bo nikt spośród wychodzących na ulicę demonstrantów nie ukrywa, że ustawa w sprawie aborcji jest tutaj jedynie kroplą przelewającą czarę. To jest protest przeciwko rządom PiS jako całości, które od dłuższego czasu znakowane są pośpiesznym uchwalaniem prawa, korzystnego tylko dla własnych wyborców. Nie jest tajemnicą, że to w swej masie elektorat katolicki, głosujący na ekipę Kaczyńskiego głównie dzięki jej ścisłym związkom z duchowieństwem „jedynej szeroko rozpoznawalnej ostoi moralności”. Na prawach, uchwalanych mechaniczną większością sejmową, na pewno korzysta Kościół. Czy dzieje się to w sposób moralnie kryształowy? Cóż – tutaj wychodzący na ulice polskich miast mają poważne wątpliwości.

Skala konfliktu może budzić niepokój. Obie strony posuwają się bowiem do zachowań, wcześniej nie znanych żadnej debacie społecznej w Polsce po roku 1989. Padła nienaruszalność kościelnych murów oraz sacrum nabożeństwa (to bardzo źle), w obronie których religijno/PiSowa społeczność wzywa na ratunek kibolskie gangi (to również fatalnie), a te od razu zaczęły się między sobą zwalczać o to, czy mają bronić świętości Boga, czy nienaruszalności Kleru i jego majątku… Katolicko-narodowy „mainstream” od razu zaczął bić w dzwony lewicowych podżegaczy, zwalając starym zwyczajem wszystko na Tuska i lata jego rządów, bo to przecież wtedy „robiły, co chciały” te wszystkie kreatury spod znaku LGBT, feminizmu i lewactwa, które teraz ruszają masowo pod kościelne bramy. Robi się naprawdę gorąco, atmosfera zaczyna przypominać prawdziwą wojnę domową – a zagranica, poza beznamiętnym pokazywaniem w satelitarnych telewizjach obrazków protestu, obojętnie przygląda się tym zdarzeniom. Być może czekając tylko, aż Polska (jak wieszczą niektórzy katastroficzni profeci) sama rozpadnie się na dwie części, wzdłuż dawnych granic rozbiorowych, pod ciężarem własnych niepokojów społecznych.

Trudno zatem wiarygodnie przewidzieć, co się naprawdę wydarzy. Wiadomo natomiast, że zapanował kompletny chaos polityczny. Światopoglądowa prawica (PiS), sprawując władzę oferuje ludziom kompletną, nieustanną bolszewię w sprawach gospodarczych. Powodując stopniowe wbijanie się w biedę kolejnych branż i grup społecznych, gubiąc się też coraz bardziej w bezładzie absurdalnie prowadzonej walki z pandemią, ciągnie dalej swe „rokowania z pozycji siły”, ustawami obyczajowymi odwraca uwagę od spraw bytowych. Z kolei światopoglądowa lewica zostawia nam wolną rękę w sprawach obyczajowych, mając równą jak PiS ochotę na odbieranie ludziom ciężko wypracowanego kapitału… Z chaosu próbuje skorzystać prawica wolnorynkowa (Konfederacja), jako jedyna w Sejmie zwalczająca realny socjalizm naszej gospodarki, ale światopoglądowo/kościelnie jednak zgodna z PiSem. Wykonuje teraz rozpaczliwe wolty, by uniknąć kompromitacji, gdy publiczne wypowiedzi niektórych członków tej partii zaprzeczają innym, przez tychże samych działaczy wygłaszanym.

W całym tym bałaganie najbardziej tracą zwykli obywatele. Na chwilę odeszła w zapomnienie kompletna niewydolność publicznej służby zdrowia. Mowa o mającym nastąpić drugim lockdownie, oczywiście z powodu epidemii, dalej rozwijającej się poprzez masowe demonstracje pod kościołami. Rząd ani słowem nie wspomina o wycofaniu się z planów wprowadzenia następnych kilkunastu, zupełnie nowych podatków, dzięki którym zamierza pozyskać pieniądze na szerzenie kolejnych „zdobyczy socjalnych”. To grozi, oprócz gremialnego obniżenia jakości i poziomu życia Polaków, szybko wzrastającym bezrobociem. A także, w konsekwencji, spadkiem dochodów państwowych, zamiast ich oczekiwanego podwyższania.

Czy w tym kontekście, panie Jarosławie Kaczyński, naprawdę najważniejsza jest teraz obrona Kościoła Katolickiego przed najazdem barbarzyńskich kobiet ze sprayami? To ja już wolę ten nihilizm. I chleb na stole.

O podwyżkach przez Senat wstrzymanych, czyli jest jak zawsze

Ryszard Terlecki powiedział dziś z ekranu TV, że w Senacie, na odmowie podpisania przez Izbę Niższą stosownej ustawy, kończy swój żywot historia niesławnych podwyżek pensji dla najważniejszych ludzi w państwie, jaką zadysponowali (sobie) posłowie minionej nocy.

Otóż nieprawda – historia dopiero się zaczyna. Raz, że ustawa o podwyżkach wraca do Sejmu i tam, pewnie w zmienionej formie, można ją od nowa procedować. I wprowadzić w inną noc: wtedy, gdy już wszyscy zapomną o dzisiejszej aferze.

Dwa, że nieświeże mleko zdążyło się rozlać po Polsce (oczywiście najpierw roznosząc smród wzdłuż i wszerz internetów): zachodzi obawa, że na długo przylgnie w swej zepsutej konsystencji do Szanownych Pań i Panów Posłów RP, zwłaszcza opozycyjnych, ale też – w co głęboko wierzymy – reżimowych. Jedno dobre w tej aferze, że ludzie przypomną sobie, jak to jest z „władzuchną”, oglądając parlamentarne ławy raczej w poprzek klasycznych podziałów „lewo-prawo”.

A może lepiej, żeby się w ogóle tych ław nie dzieliło? Próbowałem sobie przypomnieć, jak to było z podwyżkami dla Posłów w polskim Sejmie od „upadku” komuny, czyli od 1989. Mogę mieć sklerozę, więc mnie w komentarzach wyprostujcie – ale, jeśli się nie mylę, ZAWSZE, za każdym razem gdy głosowano podwyżkę Sejm wszelkiej kadencji mówił jednym głosem.

Na tę jedną, cudowną chwilę gasły ideowe spory. W myśl szlachetnej jedności parlamentarnej zawsze mówiono wspólnie o bezwzględnej konieczności podniesienia sobie apanaży – bez względu na to, jak ciężkie chwile przechodził wówczas umiłowany Naród Polski. Bo że przechodził, to pewne: skoro Wielce Czcigodni Posłowie RP jednogłośnie gardłowali o konieczności podwyżki – znaczy, że czasy były niełatwe. Widocznie akurat wzrastały koszta życia (wszedł jakiś nowy podatek, ich wiązka, podniesiono ceny) – przeto nie godziło się, by Ichmościowie na własnej skórze odczuwać miewali „przejściowe” trudności, jakich chwilowo władza przysparzała zwykłym kmiotkom. Czyli nam, obywatelom.

Dziś, obserwując wściekłość Polaków, co to wyją przez internet na „zdrajców”, których jeszcze przed chwilą łączono z nadzieją na depisyzację kraju, wiem, że nie tylko ja cierpię na zaniki pamięci. Jasne, część z tych wściekłych wyjców to młodzież – ale inni, starsi? A spotykamy w sieci pełne goryczy wpisy ludzi naprawdę dojrzałych, co to lata komuny i te zaraz po niej pamiętać winni bez kłopotu. Jak to, jesteście zdziwieni? Teraz miota was o ścianę wściekłość na to, że wasi wybrańcy, gdy chodzi o kasę, bez żadnej żenady stają ramię w ramię z ciemiężycielami? Znów daliście się, bliźniaczą metodą, gładko wychędożyć przez tę samą ekipę od dawna sprawdzonych aparatczyków politycznych? Jakie to smutne!

Żal mi, choć niezbyt mocno, głęboko (pardon) rozczarowanych pretorian lewicowej opozycji. Sami tego chcieliście. Ale tak naprawdę szkoda mi tej Polski naszej – wspólnej, bo wszyscy w niej żyjemy. Żal, bo dymani jesteśmy wszyscy, kolejny raz, czy to z prawa, czy z lewa. Przez tę samą hołotę: całkowicie nieistotne, jakie sztandary (czarne, czerwone, różowe, zielone) akurat wznosi nad głowami.

Układ z Magdalenki co kilka lat – właśnie w takiej chwili, jak obecna z podwyżkami – przypomina nam wszystkim, że mamy dwie Polski. Tę dla klasy panów, co to pod osłoną nocy śmiejąc się w kułak z biedniejących przez coraz wyższe ceny i podatki frajerów, urządza sobie życie naszym kosztem. I tę drugą, znacznie niższą – dla „ludożerki”, co nie załapała się do koryta żadnym kumoterstwem ani podczepianiem się pod cwańszych od siebie… Mijają lata, a nic się nie zmienia. Wciąż dobrze się mają ci, co wygodnie utknęli przy żłobie, dla pozorów zmieniając tylko szyldy partyj politycznych przed kamerami właściwych sobie telewizji. Ci sami! To wciąż te same twarze, hodujący sobie tylko młodych następców w ramach walki z własnym peselem. A dla Państwa cóż mamy? Pińcet plus, Żenka i Matkę Boską w Częstochowie.

Jak długo to potrwa? Otóż zależy to wyłącznie od nas. W (podobno) najlepszym z niedoskonałych systemów politycznych – w demokracji – istnieje możliwość wybierania sobie kierownictwa. Oczywiście pod warunkiem, że wybory nie zostaną sfałszowane. Ale jeśli nie, to można sobie wybrać innych kierowników, którzy – przede wszystkim – głosować będą godziwe warunki życia dla nas, a nie dla siebie.

Takich, dzięki którym Polacy nie będą zarabiali cztery razy mniej niż ich koledzy na Zachodzie, z tej samej Unii Europejskiej. Takich, którzy zamiast na walce o globalne utrzymanie się przy korycie zaczną upraszczać i obniżać podatki, zmniejszać koszta pracy, likwidować obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, biurokrację – i stare przepisy administracyjne, w większości sięgające korzeniami głębokiej komuny.

Ja wiem, takich artystów po roku 1989 jeszcze żeśmy się w Polsce nie doczekali. I wciąż opłaca się nam uciekać stąd, by lepiej i godziwiej żyć gdzie indziej, nie oglądając się na poselskie apanaże. Może się kiedyś doczekamy. Oby ta dzisiejsza awantura rozpoczęła „efekt motyla”.

O powrocie do blogosfery, czyli witajcie po trzyletniej przerwie!

To była dziwna i niezrozumiała decyzja władz koncernu Onet – wysłać nagle w kosmos kilkadziesiąt tysięcy blogów osobistych. Choć były to pamiętniki o zdecydowanie zróżnicowanym stopniu wartości czytelniczej, nastąpiło coś w rodzaju ewaporacji (jednoczesnego wyparowania) potężnej, ogólnokrajowej platformy wymiany indywidualnych opinii. Jakby ktoś podłożył bombę w Hyde Parku. Zagłada społeczeństwa obywatelskiego! Postanowiłem zebrać resztki, jakie po atomowej eksplozji pozostały, nie poddawać się – i oto jestem ponownie. Witajcie na remigiuszmielczarek.pl!

Moja przerwa trwała niemal dokładnie trzy lata. Zapewne część tamtejszej, poddanej nagłemu holokaustowi blogosfery uratowała się przed unicestwieniem, bo gospodarze platformy dali autorom blogów taką możliwość techniczną. Trudno jednak ocenić, na ile rozproszona przymusowo ciżba z szansy tej skorzystała. Mnie szkoda było marnować siedem lat pisania. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionych ekspertów z firmy Ewitryna bloga udało się uratować i w całości, bez żadnych strat własnych, przenieść pod nowy adres.

To oznacza, że wracam do pisania. Czy coś z rzeczy dla mnie istotnych radykalnie zmieniło się podczas tej przymusowej, trzyletniej przerwy? Niewiele. W Polsce nadal rządzi PiS (czyli socjalizm chrześcijańsko-narodowy), Widzew Łódź „zaciekle” walczy o awans do ekstraklasy, kultura… O, tu zmian jest najwięcej. Niestety, w ciągu ostatniego półrocza – na niekorzyść. Światowa pandemia z mocą walnęła nie tylko w krajowy, ale też globalny przemysł rozrywkowy, ze szczególnym uwzględnieniem estrady. Posypały się koncerty i zanim nie wrócą, pisać o nich nie będę. Trochę lepiej z kinami i teatrami, które tuż po wakacjach powinny zacząć działać w normalnym trybie.

Poza aktualnymi spostrzeżeniami na łamach tego bloga znajdziesz jednak, Drogi Czytelniku, szereg tekstów archiwalnych, poświęconych głównie obserwacjom polskiej rzeczywistości w latach 2011 – 17. Można teraz tam zaglądać, głównie po to, by przekonać się, że od tamtego czasu (z punktu widzenia osoby o poglądach wolnościowych) nasz świat praktycznie z miejsca nie drgnął… Wciąż dawny PPR walczy ze starym PPS-em. Zmieniają się tylko osoby i sztandary: pieniędzy w kieszeniach od tego raczej nam nie przybywa. Być może kogoś to jeszcze interesuje. Jeśli tak – zapraszam serdecznie!

O dostępie do broni, czyli temat wiecznie żywy…

W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej istnieją różne przepisy, dotyczące posiadania broni palnej. Oczywiście, jak najczęściej w USA bywa, każdy stan ma swoje odrębne prawo w tym zakresie. Niektóre stany liberalnie pozwalają kupić każdemu broń, niemal w każdym sklepie i bez specjalnych trudności. Inne są bardziej restrykcyjne. Osobne prawa regulują dostęp osób prywatnych do broni automatycznej: tę przeciętnemu obywatelowi znacznie trudniej kupić, w całych Stanach. Ale w każdym stanie USA zdarzają się, choć to smutna wiadomość, tragiczne incydenty z udziałem szaleńców, strzelających do bezbronnych, niewinnych ludzi.

Takie incydenty – strzelaniny – zdarzają się również w Europie, gdzie legalny dostęp do broni palnej jest nieporównywalnie trudniejszy niż w Ameryce. Wystarczy przypomnieć rok 2011 i zamach Breivika na norweskiej Wyspie Utoya. Z tego wynika, że łatwość dostępu do broni nie jest żadnym czynnikiem, decydującym o występowaniu zamachów, podczas których psychicznie chory bandyta strzela z broni palnej do bezbronnych ludzi. Bo psychopaci mogą zamieszkiwać wszędzie, nie tylko w USA, to dosyć logiczna konstatacja. A skoro trudność w zakupie broni dla nich nie istnieje, wynika z tego, że nabywają tę broń nielegalnie.

Stany Zjednoczone, jako państwo w całości, zajmują pierwsze miejsce w niechlubnej statystyce morderstw, dokonanych za pomocą broni palnej. Jest to także jedno z największych państw na świecie – a w statystykach, jakie pojawiają się u różnych źródeł, badane są ilości popełnianych przestępstw w państwach o różnej wielkości i gęstości zaludnienia. Stany wyraźnie górują liczbą tego typu morderstw nad wszystkimi krajami europejskimi. Jednakże, skoro w roku ubiegłym zanotowano na terenie Wielkiej Brytanii 8 przypadków zabójstwa z bronią w ręku, a w Stanach Zjednoczonych rok 2016 zamknął się liczbą 10.728 tego typu zbrodni – to z całą pewnością takie porównanie musi uwzględniać liczbę osób, zamieszkujących w danym kraju jego obszar.

Ale dla zwolenników ograniczenia dostępu do broni palnej ta rażąca dysproporcja liczb jest czytelnym argumentem: skoro w USA popełnia się aż tyle morderstw z bronią w ręku, to łatwość dostępu do broni w tym kraju z pewnością jest przyczyną niechlubnej statystyki. Krótko mówiąc, trzeba ograniczyć dostęp do broni – powiadają restrykcjoniści – a wtedy liczba przestępstw i incydentów tego typu spadnie.

Otóż niekoniecznie. Skoro udowodniliśmy, że bandyci w Europie nabywają broń nielegalnie, czyli poza oficjalnym obrotem sklepowym – to czy fakt, że w USA nagle zamkniemy wszystkie sklepy z bronią, albo stanowczo ograniczymy w nich swobodę sprzedaży, wpłynie tam na zmniejszenie ilości śmiertelnych postrzałów? Nie. Bandyci, skoro trudnią się przestępczym procederem, również wtedy znajdą dostęp do broni. Nikt nie podważa faktu, że czarny rynek handlu bronią istnieje. Niestety, jest także jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie. Trudno więc spodziewać się, że jeśli w USA nagle ograniczymy dostęp do broni, bandyci przestaną ją łatwo zdobywać.

Znacznie gorzej, w przypadku ograniczenia dostępu do broni w USA, przedstawiałaby się tam sytuacja ludzi uczciwych. Takich, którzy w USA kupują broń dla obrony przed bandytami. Skoro przestępstw z bronią w ręku jest w USA najwięcej na świecie, przeto trudno się dziwić, że zagrożeni ludzie chcą bronić się przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. No, ale jak tu się  bronić – skoro rząd zamknąłby im sklepy z bronią, a bandyci wciąż by ją pozyskiwali, na czarnym rynku? Obawiam się, że z chwilą wprowadzenia restrykcji w nabyciu broni palnej, Stany Zjednoczone szybko stałyby się areną jeszcze większej hekatomby, niż obecnie. Właśnie dlatego, że uczciwi ludzie nie mieliby się czym bronić przed bandytami – a ci wiedząc, że ich ofiary są bezbronne, napadaliby ludzi jeszcze bardziej bezkarnie.

Jestem przekonany, że to nie swobodny dostęp do broni jest powodem statystycznego pożaru, którym straszy nas grupa restrykcjonistów. Istnieje szereg innych powodów – skuteczność policji i wykonywania prawa, pobłażanie mafiom, polityka wobec przestępców oraz uchodźców – dla których skala przestępczości z użyciem broni palnej jest akurat w USA największa. No i najważniejsza sprawa, w myśl starej, amerykańskiej maksymy: „jedynym skutecznym sposobem na złego faceta z bronią jest dobry facet z bronią”. Pamiętajmy, że i w Polsce stanąć możemy oko w oko z takim draniem. Lepiej wtedy mieć przy sobie pistolet.

O tym, co byłoby lepsze – czyli jak protestować, by naprawdę osiągnąć cel

Szachiści często używają zwrotu: „lepsze byłoby…”. Jest to określenie ruchu na szachownicy, który nie jest idealny w określonej sytuacji. Gracz poszedł dobrze, ale miał lepsze wyjście. Mógł wprowadzić przeciwnika w większe tarapaty, osiągnąć lepszy skutek.

Bardzo podobną sytuację obserwujemy właśnie w życiu politycznym, które od dawna przypomina partię szachów między głównymi oponentami. Obie strony – PO i PiS – poprzez swą zajadłą wojnę kolejny raz wyprowadzają ludzi na ulicę. Nienawiść (udawana ?) między „dawnym PPS” a „dawnym PPR” znów się rozdyma, a my wszyscy jesteśmy coraz bardziej skłóceni. Obserwatorzy tej rywalizacji patrzą na kolejne ruchy, jakie na polskiej szachownicy wykonują ważne figury – ale też i pionki.

Spójrzmy z bliska na mistrzowskie, choć niezwykle perfidne posunięcie rządzącej ekipy: najpierw na horyzoncie pojawiło się widmo drogiej benzyny… Ustawa paliwowa została jednak szybko wycofana, gdy tymczasem posłowie wzięli się za „obróbkę” projektów sądowych, decydujących o ustrojowym porządku Państwa. Stało się jasne, że pod pretekstem rozliczenia postkomunistycznego układu, Jarosław Kaczyński chce wprowadzić zręby systemu totalitarnego, gdzie rząd (przejmując niczym nie ograniczoną kontrolę nad władzą sądowniczą) decydowałby nawet o tym, czy ważne są kolejne wybory. Sprawę świetnie, jak zwykle, wytłumaczył wszystkim Robert Gwiazdowski:

A ludzie – część opinii publicznej nieprzyjazna PiS – wyszli na ulice w obronie demokracji i polskich sądów. Mój przyjaciel, aktywny uczestnik protestów, jest zdania, że ta energia opozycji „nabrzmiała” już w chwili, gdy PiS chciał nam zaserwować podwyżkę paliwa. Ale fakty są takie, że protesty dotyczyły jednoznacznie pakietu ustaw sądowych, a ludzie palili znicze w obronie jurysdykcyjnej niezawisłości. A nie przeciwko podwyżkom cen benzyny.

Na tym właśnie polega największa perfidia Kaczyńskiego. Bo prezes PiS wykorzystał nagromadzenie energii społecznej, by – pod okiem demonstrantów – bezboleśnie przepchnąć w Parlamencie kolejne akty prawne, na wzór ustawy paliwowej mocno bijące w kieszeń Polaków:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1713406,1,co-pis-przepchnal-przez-sejm-kiedy-zajmowalismy-sie-sadami.read

Sądy – nieoczekiwanie – vetem swym ochronił Prezydent, choć wszyscy wiedzą, że to jedynie prolongata. Za dwa miesiące ma dojść do ponownego rozpatrzenia ustaw w Sejmie: dopiero wtedy dowiemy się, w jakim kształcie wróciły one do laski marszałkowskiej. Jest niemal pewne, że zmian radykalnych nie będzie. Zobaczymy więc, czy i we wrześniu tłumy pojawią się na ulicach.

Tymczasem efekt zamierzony przez PiS został osiągnięty. Od szkodliwych dla ludzi ustaw o charakterze gospodarczym bardzo skutecznie dało się odciągnąć uwagę! Po jednej stronie szachownicy mieliśmy zamieszanie z protestami, gdy tymczasem, na przeciwległej flance, bez najmniejszego kłopotu Kaczyński przeprowadził akcję, w której odniósł znaczne korzyści. Zrobił swoje. A my dostaniemy po kieszeni. Zauważyli to ci, którzy z pozycji anty systemowych bardzo spokojnie przyglądają się całej rozgrywce:

https://www.facebook.com/JacekWilkPL/videos/1580732768665695/?hc_location=ufi

Na czym polega tragizm położenia demonstrującej opozycji? Wyszli na ulice w obronie czegoś nadzwyczaj szlachetnego: wolności, swobód obywatelskich. Jarosław Kaczyński naprawdę chce, korzystając z gangreny palca, uciąć całą rękę. Aparat sądowy, faktycznie przeżarty komunistycznymi układami, bezwładny, powolny, nieskuteczny, podatny na korupcję i nepotyzm – wymaga natychmiastowej reformy. Ale na pewno nie takiej, jaką proponuje PiS: z oddaniem całego sądownictwa pod legalną kontrolę aktualnie rządzącej partii. Z tym, że protestujący zostali idealnie zaszachowani. Choć wymuszając prezydenckie veto odwlekli na chwilę egzekucję zasad trójpodziału władzy, to przecież całkowicie jej nie wstrzymali. Swoimi ciałami zasłonili natomiast cel równie ważny: pieniądze, których potrzebuje PiS dla utrzymania własnych, narodowo-katolicko-socjalistycznych pomysłów na sprawowanie władzy. Odegrali przez to rolę „pożytecznych idiotów” lub owieczek, posłusznie idących za swym pasterzem. A po stronie Kaczyńskiego rolę hetmana, który w tej partii skutecznie szachuje całą armię przeciwników odgrywa PiS-owska większość sejmowa.

Jaki będzie efekt tej rozgrywki? Końcówka szachowej partii rozegra się we wrześniu, wówczas dopiero ocenimy, ile udało się wygrać Kaczyńskiemu. Stawką jest wprowadzenie w Polsce zrębów ustroju totalitarnego – i to już nie są żarty. Pytanie, czy kolejny protest społeczny, jeśli w ogóle nastąpi, będzie tym razem w stanie cokolwiek zmienić. Sejm większością głosów PiS, z zapowiadanym wsparciem Kukiz ’15 (o ile prezydent wprowadzi do ustaw proponowane przez nich poprawki), znów zrobi swoje. Wtedy efekt marnowania energii społecznej na protesty będzie żaden – lub znikomy.

I tu aż prosi się powiedzieć: „lepsze byłoby…” No właśnie, co? Lepsze, proszę państwa, byłoby wyjście na ulice z żądaniem zmiany systemu rządzenia naszym krajem. Przeciwko horrendalnie rozrośniętej biurokracji, przeciw chorym pomysłom w rodzaju 500+, na które PiS wyciąga teraz pieniądze z naszych kieszeni. Przeciwko, trwającym od kilkunastu lat, jawnym lub ukrytym podwyżkom kosztów naszego życia, za które płacimy wszyscy – a najbardziej ci najubożsi, bo zamożni przedstawiciele „klasy panów” zawsze sobie poradzą. W obronie małych i średnich przedsiębiorców, którym rządy od 25 lat rzucają permanentnie kłody pod nogi, przez co oni zatrudniają mniej ludzi, za psie pieniądze i na „umowach śmieciowych”. Z żądaniem natychmiastowej likwidacji ZUS-u i wprowadzenia w to miejsce wolnego rynku usług ubezpieczeniowych – by każdy mógł mieć indywidualne konto emerytalne, obserwując w jakim tempie przyrastają na nim odkładane pieniądze. I tak dalej, i dalej… Po szczegóły odsyłam do programu jakiejkolwiek partii wolnościowej.

A najlepsze, proszę państwa, byłoby oddanie wreszcie władzy w ręce tych, którzy chronią nasz portfel, zamiast go regularnie łupić. Mamy w kraju ugrupowania wolnościowe, klasycznie liberalne, konserwatywno-liberalne, libertariańskie… Do wyboru, do koloru, również światopoglądowo. Nawet u Kukiza siedzi paru posłów, którzy wyraźnie mówią, od czego w Polsce powinniśmy zacząć. Na pewno nie od wybierania (czarnych, czerwonych ani różowych) socjalistów, których jedynym celem jest zapewnienie dobrobytu SOBIE kosztem ogółu obywateli.

O zamieszaniu z odmianą, czyli jak traktować własne nazwisko

Pan Jacek Saryusz-Wolski wzbudził ostatnio burzę nie tylko przez uwikłanie w sprawy polityczne, ale też dzięki komplikacjom, jakich przysporzyła zainteresowanym odmiana jego nazwiska.

Casus jest niby prosty: w polszczyźnie odmieniamy wszystko „co się rusza”, gdy tylko da się odmienić. Jednakże nazwiska dwuczłonowe męskie, gdy mają pierwszy człon pochodzący od herbu bądź przydomka rodowego, są wyjątkiem. Pierwszego członu wówczas nie odmieniamy (np. Janusza Korwin-Mikkego) – chyba, że nie ma się pewności co do prawdziwego pochodzenia tegoż… Wtedy trzeba sprawdzać.

Reguła jest twarda. Trudno jednak, by przeciętny Kowalski znał na pamięć zawartość Herbarza Rzeczpospolitej. Nie każdy, kto publikuje, ma ponadto czas na grzebanie w historycznych aktach: wówczas z pomocą przyjść może kontakt z samym właścicielem nazwiska. Jacek Saryusz-Wolski chciał rozwiać wątpliwości, prosząc uprzejmie na Twitterze, by pierwszego członu mu nie odmieniać, bo tak sobie akurat życzy.

Tu jednak wątpliwości dopiero się pojawiły… No, bo – jak to? Czy właściciel nazwiska o kontrowersyjnych zasadach odmiany może, ot tak sobie, zażądać lub poprosić o cokolwiek? Czy jego wola wystarcza, by iść w sprzeczność wobec polskich norm językowych? I czy – jeśli stosowanie odpowiedniej formy nie jest ani jasne, ani oczywiste – powoływanie się na wolę posiadacza nazwiska jest błędem odmieniającego?

Cała sprawa z kilku warstw się składa, zatem warto chyba pochylić się nad jej spokojnym rozłożeniem. Zacznijmy od samej gramatyki. Mamy tu coś w rodzaju stosowania się do znaków drogowych na skrzyżowaniu. W odpowiedniej kolejności: najpierw światła, potem znaki pionowe, a na końcu – znaki poziome. Tu jest identycznie: najpierw mamy regułę. Tę stanowi brak odmiany członów herbowych lub przydomków. Jeśli mamy wątpliwość, co do pochodzenia członu – wówczas wolno nam odmienić, w myśl zasady, że „nieherbowy” pierwszy składnik nazwisk męskich odmieniamy w każdym przypadku. To taki „znak pionowy”. Ale jeśli i tu mamy wątpliwość, powinniśmy działać w myśl woli, jaką wyraża właściciel nazwiska. „Znak poziomy”, ale przesądzający ostatecznie o zachowaniu odmieniającego.

Dla jasności – chodzi o konkretną osobę. Na przykład: pana Jacka Saryusz-Wolskiego, nie zaś wszystkie osoby, noszące nazwisko Saryusz-Wolski. Ale jeśli  pan Jacek życzy sobie, by pierwszy człon jego nazwiska nie był odmieniany, z całą pewnością ma prawo taką prośbę wobec świata wyrazić. Tak, jak właściciele firmy IKEA uprzejmie proszą Polaków, by w naszym języku nazwy ich nie odmieniać, choć zasady fleksji polskiej każą tę odmianę robić. A zatem: nie „idziemy do IKEI”, tylko „idziemy do IKEA na zakupy”, bo tak chce właściciel marki. I również ma pełne prawo taką prośbę kierować do świata. I – jak się zdaje – wówczas prośba ta określa językową normę, właściwą dla tylko tego, wyjątkowego przypadku. A każdy językoznawca powie, że język jest tworem żywym, normy zmieniają się, podlegając ewolucji – i nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć stosować coś, co dotąd normą nie było. Jak na przykład polską odmianę rzeczownika „radio”.

Jest pewne, że wola właściciela nazwiska nie może burzyć normy oczywistej. Jeśli nazywam się Mielczarek, nie mogę zażądać ni prosić, by mojego nazwiska nie odmieniano: dostaję zresztą szału, gdy dzwoni handlowiec z jakiejś telefonicznej firmy i pyta, czy rozmawia z panem Remigiuszem Mielczarek… Marny wtedy jego los. Ale gdy mój kolega nazywa się Fiećko, ma pełne prawo żądać, by jego nazwiska nie odmieniano! Tak zresztą jest w przypadku wymienionego kolegi. Co nie zmienia faktu, że kwestia decyzji prywatnych w sprawie odmiany nazwisk powinna być wiążąca jedynie wówczas, gdy (jak w przypadku męskich nazwisk dwuczłonowych) zachodzą jakiekolwiek wątpliwości w sprawie fleksji.

Są jednak i tacy, którzy kwestionują prawo właścicieli do decydowania o własnych nazwiskach – w sprawie odmiany, którą powinniśmy (lub nie) stosować wbrew regułom polszczyzny… Tych ludzi zrozumieć mi najtrudniej. Nazwisko jest naszym dobrem osobistym, mamy oczywiste prawo do jego ochrony. Jeśli więc zachodzą jakiekolwiek wątpliwości względem odmiany mojego nazwiska, z pewnością mogę złożyć na ręce świata prośbę, by odmieniano (lub nie) podług mojej woli. I chyba jasne jest, że stanowię wówczas normę.

No, chyba że w ogóle kwestionujemy ideę prawa własności. Jest to wtedy jednak problem ideowy, a nie gramatyczny. Problem, który nazywa się socjalizm – i niszczy naszą planetę od chwili, gdy się na niej pojawił.

 

 

O słuszności kontroli drogowych, czyli prezesa Najzera przygody…

„Jestem całkowitym przeciwnikiem prowadzenia auta pod wpływem alkoholu. Uważam, że kierowców, którzy spowodowali wypadek na podwójnym gazie należy sądzić jako morderców lub usiłujących popełnić morderstwo. Jednocześnie całkowicie sprzeciwiam się traktowaniu wszystkich kierowców jak potencjalnych przestępców i organizowaniu łapanek, które nie mają żadnej podstawy prawnej. Policja czyniąc to, łamie prawo, a z Was robi posłusznych niewolników!” Zaczynam od cytatu, bo taki wpis umieścił na swym Facebooku p. Piotr Najzer, bydgoski działacz Kongresu Nowej Prawicy. Zamieszczony nad wpisem film obiegł już internet, stał się nawet powodem reakcji mediów tradycyjnych – oczywiście jako źródło tzw. gównoburzy, czyli brutalnego sporu internautów w sprawie, związanej z prawem i przestrzenią publiczną.

Mógłbym powiedzieć, że całkowicie zgadzam się z Piotrem Najzerem i zakończyć temat, decydując się na blogową notatkę. Ale i na mojej „fejsbukowej ścianie”, po udostępnieniu rzeczonego filmu wraz z wpisem, zaroiło się od różnorakich opinii… Często, jak dziś stało się już normą, są to zwykłe obelgi, zastępujące normalną wymianę myśli (to znak czasów, w których agresja internetowego hejtu wypiera dyskusję, owocującą dobrymi pomysłami dla wszystkich). Warto więc pochylić się głębiej nad przypadkiem p. Najzera pytając, jakimi wnioskami dla wszystkich może on pro publico bono zaowocować.

Pokrótce – p. Najzer, zatrzymany przez policjanta do „kontroli trzeźwości” odmówił poddania się jej. Przywoławszy stosowne przepisy oświadczył funkcjonariuszowi, że ten ma prawo jedynie w uzasadnionych przypadkach zażądać od kierowcy dmuchania w alkomat. Policjant, nieco opieszały w swej świadomości (kwestia HR, obowiązującego w naszej Policji to odrębny temat, wart potraktowania kolejnym tekstem), zasłonił się rozporządzeniem własnego szefa, który kazał mu zatrzymywać kierowców „do dmuchania”. Pan Najzer powiedział, że prawo nie pozwala na takie traktowanie zatrzymanego do kontroli – i odjechał. Słuszność tych argumentów (w Polsce faktycznie Policja nie ma prawa zatrzymywać kierowców wyłącznie w celu sprawdzenia trzeźwości – ot, tak sobie) potwierdziły: niezależna opinia Rzecznika Praw Obywatelskich oraz kilku ekspertów, deliberujących w studio telewizyjnym nad wywołanym przypadkiem.

A przypadek ten, jako żywo, przypomina akcję łódzkiej Policji, zorganizowaną kilka lat temu na ulicach miasta. Funkcjonariusze, wcześnie rano, zatrzymując kierowców, jadących samochodem do pracy, ustawiali się z alkometrami w dość ruchliwych miejscach. Kazano dmuchać po kolei wszystkim – jak leci. Efekt tej akcji był taki, że tworzyły się gigantyczne korki, a zdenerwowani ludzie wrzeszczeli na Policję, że spóźnią się do roboty. Zajmowałem się dziennikarsko tematem, więc sprawdziłem: na skutek akcji namierzono i zatrzymano ZERO nietrzeźwych kierowców. Nikogo. Wkrótce kontroli zaprzestano (właśnie wtedy pojawiła się pierwsza opinia RPO w tej sprawie), ale zwolennicy pomysłu gardłowali gdzie się da, że prewencyjnie akcja odniosła wielki skutek. Nie szkodzi, że normalni ludzie nie wsiadają rano za kółko „na bani” (poza wszystkim, nikt do pracy pod gazem chodzić nie chce): propaganda trąbiła o wielkim sukcesie Policji, rzekomo poprawiającej swoimi działaniami stan bezpieczeństwa na łódzkich drogach.

Należy bowiem oddzielić dwie sprawy. Jedną jest rzeczywista troska o trzeźwość kierowców, a drugą skala uprawnień, jakie władza otrzymuje od nas w celu ochrony naszego bezpieczeństwa. Zwróćmy uwagę: pan Najzer nie kwestionuje potrzeby kontroli drogowych. Wiadomo, że są one niezbędne dla utrzymania w ryzach tych, którzy poważnie łamią prawo i zagrażają w ten sposób innym ludziom. Przedmiotem niechęci pana Najzera są, jak sam mówi, „łapanki”. Czyli takie działania stróżów prawa, które (jak się okazuje, wbrew przepisom) ograniczają wolność osobistą użytkowników dróg – a uzasadniane są, ma się rozumieć, troską o nasze bezpieczeństwo.  Jednym słowem – nie gódźmy się, żeby Policji wolno było za dużo, bo inaczej stajemy się niewolnikami opresyjnego systemu. Takiego, w którym władza posuwa się zbyt daleko wgłąb naszej prywatności.

Nie zgadzam się przeto z argumentem, że trzeba robić jak najwięcej wyrywkowych kontroli, bo wtedy złapiemy więcej nietrzeźwych kierujących. Łódzki przypadek wykazuje, że tak wcale być nie musi. Patrole Policji (w tym lotne, często nie oznakowane) obserwują zachowanie kierowców na drodze. Jeśli auto porusza się nietypowo, stwarza zagrożenie – z kierowcą raczej na pewno jest coś nie tak – wówczas zatrzymanie pojazdu do kontroli jest nie tylko wytłumaczalne. Jest niezbędne! Wtedy owe „uzasadnione przyczyny” kontroli nie budzą najmniejszych wątpliwości. Ustawianie patroli w miejscach niebezpiecznych, organizowanie akcji w okresach, gdy spożycie alkoholu wzrasta – to wszystko działania prewencyjne, których zasadności nikt nie podważa. Nie trzeba natomiast robić „łapanek”, które pożądanego efektu nie dają, a jedynie skazują obywateli na naruszanie ich niezbywalnego prawa do wolności. Mój samochód, moi w nim pasażerowie – zatem wara od nich, proszę Państwa, o ile nic złego nie zrobiłem. Lub o ile nie zachowuję się na drodze tak, że wzbudzam podejrzenie o wejście za kółko w stanie wskazującym na spożycie.

Ktoś w dyskusji postawił argument: jakby panu Najzerowi ktoś pijany zabił autem kogoś z rodziny, to śpiewałby inaczej… Proszę Państwa, świat jest okrutny: zdarzają się na drogach wypadki śmiertelne, z udziałem pijanych kierowców – i nie ma na świecie państwa, gdzie te wypadki się nie zdarzają. Nie da się całkowicie wyeliminować wypadków drogowych. Ale by zmniejszyć ich ilość nie trzeba wcale zwiększać uprawnień kontrolnych Policji. Wiadomo, że normalny (mądry) człowiek nie wsiada pijany za kierownicę. Tego, który jest głupi, najlepiej wystraszyć. Spróbujcie dyskutować z głupcem. Strach natomiast każdemu przemówi do rozsądku, zwłaszcza człowiek głupi musi się bać jakiejś kary, bo wtedy najlepiej zrozumie, czego nie powinien robić. Dlatego jedynie surowość kar za przestępstwa drogowe oraz skuteczność ich wykonywania będzie efektywnym sposobem walki z pijanymi kierowcami. Spróbujmy, jak radzi pan Najzer, sądzić sprawców wypadków drogowych jak morderców. Bezwzględnie egzekwujmy nałożone kary. Już nie mówię o metodach średniowiecznych, choć sam najchętniej zorganizowałbym w kilku największych miastach parę przykładowych egzekucji. Zabiłeś autem po pijaku matkę z dzieckiem, zostaniesz rozstrzelany. Publicznie, żeby podobni do ciebie dobrze się przestraszyli… Ale nawet dożywocie za spowodowanie po pijanemu wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym niosłoby ze sobą jakiś zalążek sprawiedliwości. I to byłaby, proszę Państwa, właściwa praca nad bezpieczeństwem naszych dróg. A nie jakieś łapanki, organizowane dla poprawienia statystyk lokalnej komendy Policji – lub, nie daj boże, wypełnienia dziury w gminnej kasie – w których odpowiedzialność za działania pijanych kretynów muszą ponosić ludzie uczciwi. I to wszystko jedno, w jakim kraju.

Można w tej sprawie dyskutować długo, m.in. nad sensownością przepisu o zapinaniu pasów. Policjant chce ustawić się na drodze z lornetką i wlepić mandat kierowcy, którego z paru kilometrów przyuważył na jeździe bez  pasa… Pytanie numer jeden: w jaki sposób zapięcie pasa kierowcy ma wpływ na bezpieczeństwo innych użytkowników drogi? Otóż nie ma żadnego. Jak nie zapnę sobie pasa, to najwyżej sam ucierpię z tego powodu w wypadku na drodze. To jest moje auto i moje pasy – i powinienem robić z nimi, co uważam za słuszne. No, ale, jak zauważył jeden z dyskutantów: dura lex sed lex. Ten przepis w Polsce obowiązuje, więc należy się do niego stosować. Choć generalna konkluzja jest taka: bezpieczeństwo na drodze TAK, naruszanie wolności NIE. I to wszystko jedno, przez jaką władzę.