O sparingu z Grodziskiem, czyli szykują się przetasowania kadrowe!

Załóżmy, że ktoś nie oglądał dzisiejszego sparingu Widzewa z Pogonią Grodzisk Mazowiecki (3:1).

Musi wtedy ów ktoś otrzymać informację, że na pierwszą połowę tego spotkania wybiegł zespół, w którym – obok graczy doświadczonych – pokazali się zawodnicy testowani. W drugiej natomiast połowie mieliśmy na boisku Widzew w znanym składzie ligowym, uzupełnionym o kilka nazwisk świeżo pozyskanych ostatnio, jako wzmocnienia do pierwszej kadry.

Zatem najpierw rezerwy. Kto w nich wystąpił, prócz testowanych, którzy niczego ciekawego nie pokazali? Uwaga: Marcin Robak, Łukasz Kosakiewicz, Krystian Nowak, Mateusz Michalski, Filip Becht, Merveille Fundambu, Bartłomiej Poczobut. Czyli zawodnicy, bez których, jak dotychczas, skład pierwszej jedenastki trudno sobie było wyobrazić.

Ten Widzew zagrał fatalnie, bez szybkości ani pomysłu, nie stworzył żadnej sytuacji a na przerwę schodził przegrywając 0:1.

W drugiej połowie oglądaliśmy Widzew, o którym chyba mamy prawo myśleć, że tak właśnie (personalnie) szykowany jest na ligę. Zespół grał szybko, dynamicznie, z pomysłem. Strzelił trzy bramki rywalom, którzy za nim nie nadążali. Nie wiedzieli, gdzie jest piłka. Tak, jak powinno być, gdy Widzew gra z rywalem, występującym dwie ligi niżej: z pełnym szacunkiem dla Pogoni.

Jak TEN Widzew wyglądał, od strony kadrowej? Bardzo ciekawie.

Zacznijmy od super pomysłu z pracowitym Dominikiem Kunem na… prawej obronie. Wow! Chyba to mamy! Jest wreszcie ktoś, po kim nie zostaje żadna dziura w tym miejscu! Na środku pancerny Grudniewski w parze z „ofensywniejszym” Tanżyną, bez problemów.

Na lewej Stępiński, lepszy niż w lidze: nawet bije rogi! Po nich padła dziś jedna bramka (Możdżeń) i stworzyło się kilka groźnych sytuacji. Czyli jest jakaś alternatywa w stałych fragmentach…

Pomoc. W środku, na zmianę w różnych wariantach, Mucha obok Możdżenia, z testowanym Frickiem. Mam przeczucie, że on sporo umie. Grał trochę zbyt do tyłu, ale generalnie pokazuje, że wie, o co tu chodzi. Przesuwał się poprawnie, nie łamiąc linii pomocy w akcjach pozycyjnych. Ustawiał się, podawał. Dałbym mu jeszcze szansę. Generalnie środek pola wreszcie na plus.

Skrzydła? Na bokach, naprzemiennie, obaj nasi młodzieżowcy: Ameyaw i Prochownik. Obydwaj widoczni, ruchliwi, dobrze napędzający boki. Nic dodać, nic ująć. Wszystko się zgadzało.

Najważniejsza dziś formacja: atak. Karol Czubak w dobrej formie (gol numer dwa). Paweł Tomczyk, który będzie wzmocnieniem (gol numer trzy).

No i wydarzenie dnia, powrót Przemka Kity. Jest OK, jeszcze musi poczuć piłkę, wrócić do 100% w ustawianiu się, zgraniu z kolegami. Ale świetnie, że wrócił: na pewno nie odstawał w dół od dobrej kapeli.

Mamy dziś zatem kilka zaskoczeń personalnych i ewidentny sygnał sporej zmiany w tym zakresie, gdy chodzi o budowę drużyny. Tak, jakby trener Enkeleid Dobi zatrzymał się po galopie w intensywnej lidze, wziął głęboki oddech – i zaczął spokojnie podejmować decyzje personalne, o tym, kto najlepiej pasuje do jego filozofii piłki nożnej. Kto najlepiej może wykonać powierzone mu zadania…

I niech idzie w tę stronę, bo gra zaczyna w tak dedykowanym składzie po prostu żreć. Nie wiemy tylko, co na to tak zwana „starszyzna” w drużynie, wyraźnie przesunięta na plan dalszy w całym procesie. Jednakże, mówiąc szczerze, nas to chyba najmniej obchodzi. Widzew ma grać dobrze i wygrywać, bo… to jest Widzew, po prostu.

Nie znamy też odpowiedzi na pytanie, kto na wiosnę będzie bramkarzem tej drużyny. Dziś tej zagadki nie rozwiązaliśmy. Ale podobno kolega Wrąbel już spakowany. Czekamy, czekamy. Doczekać się nie możemy.

O porażce z Tychami, czyli pierwsze wskazówki na wiosnę

No cóż, piękny sen nie trwał długo. Po świetnej pierwszej połowie, w drugiej wróciły stare koszmary: brak kreatywności, niemoc ofensywna, niedokładność, wolne tempo gry. Przegraliśmy z GKS-em Tychy, choć wydawało się, że przynajmniej remis powinien w tym meczu być dla Widzewa osiągalny.

Taki stan rzeczy może mieć trzy powody. Po pierwsze: dało o sobie znać zmęczenie po wybieganym meczu z Arką, a rezerwowi są zbyt słabi, by zmienić obraz meczu w końcówce, na podmęczonego rywala. Po drugie: zespół jest źle przygotowany kondycyjnie, a wciąż szalejący w szatni COVID dopełnił katastrofy. I po trzecie: mamy za mało wariantów taktycznych i co mądrzejszy trener łatwo nas rozczytuje.

Wszystkie te trzy powody warto wziąć pod uwagę przed zimowym okresem przygotowawczym. Dokonać rozsądnych ruchów transferowych, przygotować solidnie drużynę do rundy wiosennej, wreszcie: popracować z zespołem nad wielością wariantów rozgrywania akcji. Przydałby się też trening wolicjonalny, albo – jak kto woli – współpraca z psychologiem. Można odnieść wrażenie, że ten zespół źle reaguje na zły bieg boiskowych wydarzeń… Ale taki rodzaj pracy ma sens jedynie wówczas, gdy będziemy mieć pewność, że pracujący w Widzewie team piłkarzy nie jest pospolitym ruszeniem najemników – minimalistów, tylko grupą ludzi naprawdę grających do jednej bramki. A to już zadanie dla działaczy.

Jakie sugestie personalne dla Zarządu mogłyby pojawić się już dziś, w przededniu zimowej przerwy?

Bramkarz. Z całym szacunkiem dla Miłosza, który się rozkręca, w bramce Widzewa jest potrzebny dorosły człowiek. Mleczko będzie na wiosnę, o ile zostanie, wciąż niepewny. Swoje broni, ale zamiast łapać – wybija piłkę. To znak, że nie czuje własnej pewności, ani też wsparcia kolegów z obrony. Ma zbyt miękkie nogi. Wyraźnie brakuje mu autorytetu. A bramkarz ma rządzić w swoim polu karnym! Aż serce boli, bo Widzew w przeszłości wychowywał najlepszych polskich bramkarzy. I to jest zadanie podstawowe.

Prawy obrońca – na tej pozycji w zespole Widzewa przez większość każdego meczu jest „dziura po Kosakiewiczu”. Ten zawodnik to prawy pomocnik i na tej pozycji mógłby być w Widzewie… co najwyżej zmiennikiem. Dałbym szansę gry Stępińskiemu na nominalnej pozycji, pod warunkiem, że miałby w zespole konkurencję. Ktoś taki jest potrzebny.

Para stoperów – tu będziemy chyba zgodni, że stanowią ją na dziś Grudniewski z Nowakiem. Rezerwowi to Tanżyna i Rudol. I chyba tak może zostać na wiosnę.

Lewy obrońca – wciąż tak naprawdę nie wiemy, co potrafi Petar Mikulić. Niech szybko wraca do zdrowia, bo jego rywalizacja z Filipem Bechtem wyjdzie zespołowi na dobre.

Defensywny pomocnik – takich mamy w zespole trzech: Mucha, Poczobut i Możdżeń. Jeden z nich jest niepotrzebny, warto by się zastanowić, który. Trudno to zważyć, bo każdy miał lepsze i gorsze mecze. Zostawiłbym Patryka Muchę. Zmiennik to chyba raczej Możdżeń, raz do roku to i strzelba na ścianie wystrzeli.

Prawy pomocnik – jest Mateusz Michalski, jeśli dobrze przepracuje zimę, może być „jedynką” na tej pozycji. I powinien! Mając na plecach Kosakiewicza w roli zmiennika.

Ofensywny pomocnik – obsada pozycji numer osiem jest najpilniejszą, obok bramkarza, potrzebą Widzewa na wiosnę. Kogoś takiego jak kreatywny playmaker w ogóle nie mamy w zespole. Czekamy na powrót Przemka Kity, bo on swobodnie może grać zarówno na „ósemce” jak i na „dziesiątce”. Musi mieć kogoś do walki o miejsce w składzie.

Lewy pomocnik – tutaj dałbym szansę Dominikowi Kunowi, a w ostatnich meczach dobrze pokazuje się Michael Ameyaw. Tej parze chyba należy zaufać na wiosnę.

Napastnik 1 – czyli numer dziewięć. Niekwestionowana pozycja Marcina Robaka, który musi mieć już wsparcie i pewną zmianę. Obawiam się, że nikt z obecnych dziś w Widzewie piłkarzy o umiejętnościach ofensywnych takiej pewności nie daje. Potrzebny transfer! Chyba, że jakimś cudem w roli łowcy bramek sprawdziłby się Ojamaa. Albo Daniel Mąka…

Napastnik 2 – czyli numer dziesięć. Obojętnie, jaki wariant taktyczny obierzemy, wydaje się, że dziś Karol Czubak wygrywa rywalizację z Mervillem Fundambu, który na wiosnę powinien być wszakże o wiele groźniejszy. O rywalizację na tej pozycji możemy być chyba spokojni.

Czy zgadzacie się z taką analizą sytuacji? Chętnie posłucham innych opinii: zapraszam do komentowania!

O klasyku Widzew-Legia, czyli czarne chmury nad „Sercem Łodzi”

Odkąd sięgam pamięcią, w polskiej piłce zawodnicy sprowadzeni z Afryki zawsze zimą przestawali dobrze grać. Zapewne z powodu mrozu. Słynne powiedzenie: „Kto Murzyna ma, temu Murzyn gra” traciło rację bytu gdzieś w połowie listopada.

Tym razem pomylił się, sprowadzony z Konga, pan Fundambu. Ale zaraz po nim przewrócił się pan Możdżeń, nie zdążył (jak zwykle) pan Kosakiewicz, następnie zagapił się pan Nowak, a pan Mleczko nie sięgnął piłki. Żaden z nich nie pochodzi z Afryki.

I, można powiedzieć, na tym emocje w meczu Widzew – Legia się skończyły.

A że była dopiero szósta minuta, Legia zaciągnęła sobie ręczny hamulec, a Widzew, jak to ostatnio ma w zwyczaju, nie dawał sobie z niczym rady. Ktokolwiek pamięta mecz pucharowy sprzed (prawie) równo roku, ma teraz duży niesmak: wówczas drugoligowy zespół Widzewa grał z Legią kapitalne zawody. Teraz oba zespoły pokazały futbol, przynoszący im wstyd.

Że nie było publiczności? Wolne żarty. Zawodowy sportowiec nie ma prawa tłumaczyć swojej źle wykonanej roboty brakiem poklasku trybun.

Jest też inne futbolowe powiedzonko – „pokaż mi drugą linię, a powiem ci, jaką masz drużynę”. Rok temu Widzew wyszedł na Legię jeszcze bez piłkarzy, których przed obecnym sezonem szumnie zapowiadano jako znaczące wzmocnienia linii pomocy. Żaden z tych transferów nie wypalił (Możdżeń, Ojaama, Mucha, Kun, Michalski, Ameyaw), a pan trener Dobi sprawia wrażenie, jakby kompletnie nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić.

Nie pomagają roszady w składzie, a cofnięcie do linii pomocy nominalnego napastnika Prochownika (o którym wcześniej mówiło się, że nie dorasta do poziomu pierwszej ligi) można określić jedynie mianem aktu rozpaczy.

Są w klubie jaskółki, zapowiadające wiosnę. Mamy nowy nabór w pionie skautingu, a do przerwy zimowej zostały tylko cztery mecze ligowe. Jakoś je przebujamy, choć akurat o punkty, jak się obawiam, będzie w nich ciężko.

Zespół potrzebuje natychmiastowej przebudowy środka pola i uporządkowania personalnej sytuacji na bokach pomocy oraz obrony. Pilnie wymagana jest obsada pozycji numer osiem i dziesięć, być może przy udziale wracającego Przemysława Kity, o którym znikąd nie można dowiedzieć się, co naprawdę mu jest.

Trzeba to wszystko, już w nowej koncepcji rozegrania, zespolić na nowo z atakiem. Wymyślić warianty wsparcia dla starzejącego się (niestety!) Marcina Robaka – i to tak, by zarazem odpowiednio zabezpieczyć zespół w defensywie. Trzeba tę zimę naprawdę dobrze wykorzystać i ciężko przepracować. Wówczas może jeszcze, jakimś cudem, uda się nam włączyć do walki o baraże.

PS. Król strzelców Mundialu 1982, Paolo Rossi, miał w drużynie jednego, niezawodnego asystenta. Nazywał się Bruno Conti i dogrywał snajperowi większość piłek. Pozyskanie kogoś takiego do zespołu Widzewa powinno być obecnie dla działaczy priorytetem. Oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji.

O „pełzanym” awansie, czyli Widzew w I lidze

Pomimo koszmaru, jakim było dla kibiców wznowienie rozgrywek, Widzew awansował do I ligi. Były napastnik łódzkiego klubu Andrzej Szulc napisał na FB, że to raczej GKS Katowice ten (bezpośredni) awans przegrał… Fakt, o dokończeniu rozgrywek po ich wznowieniu kibice Widzewa Łódź chcą jak najszybciej zapomnieć. Tego oglądać się nie dało i samo wyobrażenie jak niewiele brakło, by jednak sturlać się w przepaść po tej grani, mrozi krew w żyłach.

Warto jednak odsunąć emocje i – choć to trudne – dopuścić do głosu rozsądek. Na chwilę, by zastanowić się, jak do tego wszystkiego doszło. I co z tego można wyciągnąć.

Otóż awans do I ligi wywalczyli ci sami piłkarze, którzy przez cały sezon grali w tym zespole, przed pandemią. Różnicę in minus po przerwie na pewno zrobiła kontuzja Przemka Kity, ale nie przesadzajmy: teraz i wcześniej grała cała drużyna. Odrzucając wszystkie teorie spiskowe (że grali u buków, że nie chcieli awansować z obawy o ciepłe posadki, że klubem rządzą gangsterzy, chcący zarobku a nie awansu) to spoglądamy w oczy takiej prawdzie, że wcześniej punkty, wystarczające do dzisiejszej promocji wywalczyli ci sami ludzie. Dokładnie ci sami, którzy w ostatnich kolejkach na naszych oczach się kompromitowali. Zatem, zgodnie z logiką tego faktu – za osiągnięty sukces w przekroju całego sezonu należą im się gratulacje.

Kluczowe jest natomiast pytanie: co dalej. Bo dziś kibicom wypada od razu zrzucić z siebie posmak (wątpliwej) radości i zacząć się martwić. Jeśli Widzew chce cokolwiek w tej pierwszej lidze ugrać, utrzymać się tam – a zwłaszcza mówić głośno o zdobywanym „z biegu” awansie do Ekstraklasy – z taką grą o wszystkim można zapomnieć.

Jeśli prawdą jest to, do czego po cichu, w kuluarach przyznają się działacze: że jednak przerwa na epidemię została kompletnie odpuszczona, zlekceważona i nie zaplanowana, to pół biedy. Bo można przy tym awansie jakoś przełknąć fakt, że drużyna, w radosnym przekonaniu, że już tej wiosny grać się nie będzie, kompletnie zgubiła formę. Dała nam popalić, ale jednak cudem osiągnęła cel, odetchnęła – a teraz ma okazję wrzucić szósty bieg, wylać cysternę potu na jakimś letnim zgrupowaniu, a następnie zmazać swą winę po inauguracji sezonu w I lidze.

Znacznie gorzej natomiast, jeżeli:

a) którakolwiek z teorii spiskowych jest prawdziwa;

b) gra Widzewa sprzed pandemii to był splot szczęśliwych wypadków, a prawdziwe oblicze zespołu widać było w ostatnich tygodniach.

Jako kibice, którzy nie mają wstępu do szatni ani dostępu do pomieszczeń Zarządu, nie mamy bladego pojęcia, gdzie leży prawda. I prawdy tej znać nie będziemy, jak – nie przymierzając – jest ze Smoleńskiem.

Będziemy zatem drżeć ze strachu o Widzew do pierwszych kolejek tej nowej odsłony. Co nas może pocieszać? Raz, że to od czasów Reaktywacji najwyższa liga, w której Widzew zagra. Czyli jest postęp – jednak. Nie błyskawiczny, ale się dokonuje. Dwa, że za kilka tygodni na pewno mieć będziemy do dyspozycji dwa mocne ogniwa, oczywiście myślę o powrocie Przemka Kity i Krystiana Nowaka do normalnych treningów. Nawet, jeśli obaj będą potrzebowali będą dwie – trzy kolejki na „poczucie piłki”, to i tak rozmawiamy o dużym wzmocnieniu. Lider obrony i lider środka pola – to są takie dwie pozycje, których właściwa obsada była największym problemem Widzewa po powrocie do gry.

Po trzecie, moim zdaniem równie ważne dla drużyny: w I lidze nie ma już przymusu wystawiania młodzieżowców. Myśmy nie mieli wystarczająco dobrej młodzieży, by stanowiła wartość na boiskach drugiej ligi. Nie przeczę, to jest problem, bo Widzew powinien na wychowankach bazować, dbać o ich wyszkolenie oraz stopniowo wprowadzać do pierwszej drużyny. Ale tu wyjścia nie mamy: trzeba cierpliwie czekać, aż struktury szkolenia młodzieży zostaną w Widzewie po Reaktywacji doprowadzone do względnej normalności. Samo się nie zrobi, tutaj czas jest potrzebny. Oby był jak najkrótszy. Na razie, w pierwszej lidze, wpływ na postawę zespołu mieć nie powinien.

Czy popieram zmianę zarządu, trenera, wprowadzenie inwestora, budowę nowych struktur wewnątrz klubu? Hola hola, powoli. To ma być ewolucja, a nie kolejna rewolucja w klubie. Oczywiście rozpoczął się właśnie kluczowy, wręcz krytyczny dla p. Martyny Pajączek i Jej ludzi moment w klubie: sukces, mimo wszystko osiągnięty w pierwszym roku działania tej ekipy należy teraz zdyskontować poprzez dobrą grę o szczebel wyżej.

Co z tym Zarząd zrobi – aaa, to już Zarządu sprawa. Własnie teraz ma się wykazać. Kibice będą mogli oceniać tę robotę, obserwując jej efekty. Inna rzecz, że czasu na podjęcie właściwych ruchów jest wyjątkowo mało.Trzeba trafić za pierwszym razem, bo pudło może kosztować głowę.

W konkluzji: cieszmy się, bo jednak ten awans mamy. W klubie pracują ludzie odpowiedzialni za tę drużynę, od samej góry do samego dołu.Wiedzą, gdzie są, z czym się mierzą i jaki może być skutek oceny z egzaminu, który trzeba teraz zdać mimo trudności, jakie w ostatnich tygodniach spiętrzyły się przed kandydatem. Jako niepoprawny optymista wierzę, że ten egzamin dojrzałości będzie zdany. Wierzę w tę ekipę pomimo „szorstkiej przyjaźni”, jaka przez ostatnie fatalne wyniki łączy ich z kibicami.

I nie mogę już, podobnie jak inni kibice, doczekać się pierwszych występów – i zwycięstw – w I lidze. Tak już jest. Inaczej nigdy nie będzie.

O powrocie do blogosfery, czyli witajcie po trzyletniej przerwie!

To była dziwna i niezrozumiała decyzja władz koncernu Onet – wysłać nagle w kosmos kilkadziesiąt tysięcy blogów osobistych. Choć były to pamiętniki o zdecydowanie zróżnicowanym stopniu wartości czytelniczej, nastąpiło coś w rodzaju ewaporacji (jednoczesnego wyparowania) potężnej, ogólnokrajowej platformy wymiany indywidualnych opinii. Jakby ktoś podłożył bombę w Hyde Parku. Zagłada społeczeństwa obywatelskiego! Postanowiłem zebrać resztki, jakie po atomowej eksplozji pozostały, nie poddawać się – i oto jestem ponownie. Witajcie na remigiuszmielczarek.pl!

Moja przerwa trwała niemal dokładnie trzy lata. Zapewne część tamtejszej, poddanej nagłemu holokaustowi blogosfery uratowała się przed unicestwieniem, bo gospodarze platformy dali autorom blogów taką możliwość techniczną. Trudno jednak ocenić, na ile rozproszona przymusowo ciżba z szansy tej skorzystała. Mnie szkoda było marnować siedem lat pisania. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionych ekspertów z firmy Ewitryna bloga udało się uratować i w całości, bez żadnych strat własnych, przenieść pod nowy adres.

To oznacza, że wracam do pisania. Czy coś z rzeczy dla mnie istotnych radykalnie zmieniło się podczas tej przymusowej, trzyletniej przerwy? Niewiele. W Polsce nadal rządzi PiS (czyli socjalizm chrześcijańsko-narodowy), Widzew Łódź „zaciekle” walczy o awans do ekstraklasy, kultura… O, tu zmian jest najwięcej. Niestety, w ciągu ostatniego półrocza – na niekorzyść. Światowa pandemia z mocą walnęła nie tylko w krajowy, ale też globalny przemysł rozrywkowy, ze szczególnym uwzględnieniem estrady. Posypały się koncerty i zanim nie wrócą, pisać o nich nie będę. Trochę lepiej z kinami i teatrami, które tuż po wakacjach powinny zacząć działać w normalnym trybie.

Poza aktualnymi spostrzeżeniami na łamach tego bloga znajdziesz jednak, Drogi Czytelniku, szereg tekstów archiwalnych, poświęconych głównie obserwacjom polskiej rzeczywistości w latach 2011 – 17. Można teraz tam zaglądać, głównie po to, by przekonać się, że od tamtego czasu (z punktu widzenia osoby o poglądach wolnościowych) nasz świat praktycznie z miejsca nie drgnął… Wciąż dawny PPR walczy ze starym PPS-em. Zmieniają się tylko osoby i sztandary: pieniędzy w kieszeniach od tego raczej nam nie przybywa. Być może kogoś to jeszcze interesuje. Jeśli tak – zapraszam serdecznie!

O prawdziwym duchu sportu, czyli Grot Budowlani z medalem!!!

Jest w sportach zespołowych pewna, nieczęsto spotykana, cenna wartość, którą trudno wychwycić i opisać. Choć wymyka się definicjom, rzadko też bywa przedstawiana w medialnych relacjach, jej wpływ na osiągane przez zespół wyniki bywa przemożny. Chodzi o tzw. TEAM SPIRIT – duch drużyny. Byt, który niczym ludzka dusza, istnieje w teoretycznych rozważaniach – a zmierzyć go, zważyć i pokazać raczej się nie da. A jednak TEAM SPIRIT często przesądza o końcowym sukcesie. Gdy na sportowej arenie spotykają się godni siebie rywale, o podobnej sile czy jakości, wówczas działanie czynników poza-atletycznych (tak je nazwijmy), jak odporność psychiczna czy duch drużyny właśnie, przeważają szalę. Nie wystarczy bowiem dobrze przygotować się fizycznie, nauczyć się psychicznej twardości – trzeba mieć jeszcze to „coś”, które – w odpowiednim momencie uruchomione – wyciąga z zespołu, zmagazynowane gdzieś, dodatkowe pokłady energii.

Ów sympatyczny duszek zamieszkał i bardzo dobrze poczuł się w zespole siatkarek Grot Budowlani Łódź. A w obecnym sezonie warunki do wzrostu tej przedziwnej, frenetycznej istoty pojawiły się idealne. Zeszłoroczna drużyna, zajmując na koniec rozgrywek solidną, piątą lokatę, narobiła apetytu na sukces chyba wszystkim – działaczom, trenerom, a przede wszystkim kibicom. Dla tych pierwszych wyzwaniem stało się utrzymanie trzonu zespołu, powstrzymanie eksodusu najważniejszych zawodniczek oraz dokonanie transferów tak, by wartość ekipy podwyższyć, nie zaś utracić walory… Od strony sportowej zabieg udał się perfekcyjnie. W miejsce odchodzących siatkarek sprowadzono takie, których transfer do Łodzi był prawdziwą sportową sensacją (Paulina Maj-Erwardt) bądź też niewiadomą, ale z wielkimi nadziejami na dobry skutek (Kaja Grobelna). Zespół zbudowano tak, by na każdej pozycji znajdowały się zawodniczki o podobnych umiejętnościach. W trakcie sezonu niektórzy marudzili, że rezerwowe wchodzą z kwadratu zbyt rzadko, a trener grywa najczęściej jedną, sprawdzoną szóstką. Ale rezerwowe, gdy tylko pojawiały się na placu gry, dodawały zespołowi potrzebnej jakości, a zmiany często przesądzały o wyniku całych spotkań… Od strony sportowej zespół zbilansowano fachowo, w czym na pewno duża zasługa od lat świetnie znającego rynek transferowy prezesa Marcina Chudzika, oraz trenerów – papy i syna Krzyształowiczów – prowadzących ten sportowy rydwan w zgodnym, rodzinnym rytmie. Do nowoczesnych metod pracy syna, Błażeja, tata Tadeusz dołożył niezbędne doświadczenie, układając system dualności trenerskiej w sposób kompletny.

Ta sportowa staranność poskutkowała dobrym i fachowym przygotowaniem strony profesjonalnej w Budowlanych. Ale – właśnie wtedy, na początku sezonu – okazało się, że spod tej powierzchni wypływa coś jeszcze. Dziewczyny, które spotkały się w szatni, prawie natychmiast (i w komplecie) zostały przyjaciółkami. To nie jest trywialny żart, tylko fakty: okazało się, że skład tak bardzo odpowiada sobie personalnie, że każda za każdą dałaby się, w myśl przysłowia, zwyczajnie pokroić. Nie tylko na parkiecie! W wypowiedziach zawodniczek już na etapie przygotowań do sezonu pojawiły się wyraźne sygnały, jakoby klimat pracy treningowej był niezwykle pozytywny właśnie dzięki kapitalnym, prywatnym relacjom w zespole. Wkrótce wyjaśniło się coś jeszcze. To mianowicie, że każda z siatkarek (dosłownie, chodzi o wszystkie dziewczyny z „kapeli”, bez żadnych wyjątków personalnych) to osoba o niezwykle sympatycznym usposobieniu, życzliwości do świata i ludzi, pozytywna jednostka, miła i uśmiechnięta. Bez żadnych „hamulcowych”, psujących klimat tak, że widziałyby to osoby postronne… Krótko mówiąc: drużyna fajnych dziewczyn, gdzie indywidualne cechy zawodniczek przełożyły się na pozytywny charakter całości. Ową – niezwykle przyjazną – aurę wokół zespołu natychmiast odczuwać zaczęli zarówno kibice, jak i dziennikarze, wykonujący reporterską pracę przy Grot Budowlanych.

Tak właśnie magiczny TEAM SPIRIT ujawnił się po raz pierwszy. Potem, już w trakcie sezonu, pokazywał się w nadzwyczaj osobliwych formach… Na przykład jako złowrogi „potwór z Zielonej Góry”, w półfinale turnieju o Puchar Polski. Po dwóch wygranych setach rywalki z Impelu Wrocław miały dwa punkty do zwycięstwa i sześć przewagi, prawie wołając sprzątaczki i portiera z prośbą o zamknięcie hali… Tymczasem, nie wiadomo jakim cudem, łodzianki wywinęły się spod kosy i wygrały 3:2. Później, też bardzo niespodziewanie, tajemniczy „duchowy” pomocnik Budowlanych spętał nogi i ręce niepokonanym przez krajowego rywala dziewczętom z Polic. By wreszcie, z wielkim wdziękiem, ostatecznie pogrążyć w bezmiarze rozpaczy drużynę wrocławską, tym razem w walce o finał rozgrywek ligowych.

Ten sukces, medal mistrzostw Polski (dziś nie wiemy jeszcze, jakiego będzie koloru) to pierwszy od dwudziestu siedmiu lat krążek dla drużyny siatkówki kobiet z Łodzi. Pierwszy też, co oczywiste, w niedługiej historii ekstraklasowej samych Budowlanych, wieńczących piękny sezon finałem PP oraz niezwykle udanymi występami w europejskim Pucharze CEV. Jest efektem nie tylko doskonałej, profesjonalnej pracy całego sztabu sportowego Grot Budowlanych Łódź – ale też magicznej mocy nieuchwytnego duszka, który (uśmiechając się radośnie, jak każda z zawodniczek tej drużyny) chowa się gdzieś pod parkietem… W przeddzień finałowej batalii o złoto z Chemikiem Police uszczęśliwieni, wzruszeni łódzcy fani siatkówki swą wielką radość w zasadzie już przeżyli: ten zespół  „zrobił swoje”, zapewniając kibicom emocje, jakich nie mieli wcześniej. Ewentualne złoto (hoho!) będzie tylko wartością dodaną, czymś na pewno cudownym, ale w żaden sposób nie wymaganym od dziewcząt z Budowlanych. One same zapracowały na to swoją wspaniałą postawą, na parkiecie i wobec otaczającego je świata. Dziś przyszedł czas, by serdecznie im za to podziękować.

O kibolskiej polityce, czyli dokąd zmierzasz, biedna Polsko???

Dawno, dawno temu –  czyli 20 lat wstecz – PZPN wpadł na genialny pomysł rozgrywania finału Pucharu Polski na neutralnym stadionie. Nie było wówczas narodowego „gniazda”, zatem należało wymyślić miasto, na którego stadionie (jakiejś drużyny ligowej) mecz zostanie rozegrany. W roku bodaj 1996 padło na Łódź i ŁKS- obiekt przy al. Unii gościnnie przyjął  zwaśnionych kibiców dwóch drużyn: warszawskiej Legii i katowickiego GKS-u. Fanów porozmieszczano na przeciwległych, „krótkich” trybunach, tworząc miejsce neutralnym „miłośnikom piłkarstwa”. Nic więc dziwnego, że obie długie trybuny zajęli miejscowi, przy czym swoją ulubioną „galerę” wypełnili, uzbrojeni w normalny, meczowy sprzęt (flagi, pirotechnika, confetti) szalikowcy ŁKS. Skłóceni zarówno z Legią, jak i z GKS-em.

I od razu się zaczęło. Najpierw Legia zaśpiewała: „Gola, gola, gola, strzelcie k*rwom gola!” Katowice, z charakterystycznym, śląskim akcentem, odpowiedziały identycznie wulgarnym tekstem, tylko głośniej… Po sekundzie włączył się ŁKS: „Gola, gola gola, strzelcie se k*rwy gola!”…

Był to bodaj jedyny spośród dziesiątek obejrzanych przeze mnie meczów piłkarskich, gdy na trybunach znajdowało się więcej grup kibicowskich, niż drużyn na murawie… Ale nie o tym chciałem. Oto przecudowny, godny zapamiętania na zawsze obrazek stadionowy, pasuje jak ulał w roli genialnej metafory do zdarzeń politycznych, jakie dziś związują w ostrych sporach Polaków – nawet tych, którzy w ogóle nie interesują się piłką nożną.

Gdy spojrzymy nieco z góry, jakby wznosząc się  modnym ostatnio dronem, znowu zobaczymy w Warszawie krajobraz po dwóch wrogich sobie marszach poparcia. „Ilu było naszych?” – pytają jedni. „Źle nas pokazano, to wymaga kontroli!” – gardłują drudzy, z pozycji siły. Zupełnie jak kibole. Dokładnie tak samo, prymitywnie i z gangstersko-mafijnym zapiekleniem, rywalizują w naszym kraju grupy szalikowców. Walczą o to, kogo było więcej, kto miał „lepszą oprawę” i mocniej przeklął drugiego – przy czym wynik meczu ma kompletnie zerowe znaczenie. To my musimy być lepsi od tamtych: pokazać, że rządzimy „na kwadracie”. A w internecie należy zamieścić filmy, które dokumentują nasz sukces. Zaś inne ekipy, tylko pośrednio zaangażowane w ten spór, siedzą gdzieś obok i szydzą z naszych starań.

Niestety – spór publiczny w Polsce, o to, kto reprezentuje słuszniejszą opcję, który jest „nasz” albo „obcy”, w ostatnich latach mocno się w Polsce zaostrzył. I osiągnął dno kibolskiego zapieklenia. To już jest poziom gangsterskich porachunków „na dzielni”, w wykonaniu troglodytów przywdzianych w klubowe barwy, dokładnie identycznych po obu stronach barykady. Ogłupiałe masy znów wychodzą na ulice, prowadzone przez liderów, których jedynym celem jest ubicie własnego interesu, przy ślepej pomocy wiernego stada owiec. I znów wszyscy dają się prowadzić niczym na rzeź, przeciwko tym drugim. Gorszej, słabszej, wrogiej bandzie po drugiej stronie krajowego podwórka. Główne pytanie: kto się przypatruje? Kto, rechocząc donośnie, skręca się ze śmiechu i szyderstwa na widok obelg, rzucanych w obie strony? Kto nam życzy, byśmy „se gola strzelili”???

Od długiego czasu polski świat polityki (to szlachetny wzór amerykański) dzieli się na dwa główne obozy. Niektórzy śmieją się: dawny PPR wciąż walczy z dawnym PPS-em. Problem w tym, że od lat głosujemy na dwa prawie identyczne rodzaje biedy pod innymi sztandarami. Od 89 roku zmieniają się partie, ich nazwy i kolory. Nie zmieniają się ludzie, prawie ci sami (niektórzy wymierają, a młodzi dochodzą, dobrze wyszkoleni na partyjnych zebraniach) – którzy jeszcze nie zapewnili Polakom przyzwoitej zamożności. Dobrze mają się jedynie „nasi”, podpięci pod układ władzy. Raz ci, raz tamci obskakują lukratywne etaty w sektorze publicznym – w całym kraju, od góry do dołu. Holują za sobą kolegów. A innych, bez względu na kompetencje czy doświadczenie w danej branży – elita ma gdzieś. Wciąż nad Wisłą panuje osobliwy ustrój: mieszanka socjalizmu dla wszystkich z dobrobytem dla swoich. Pomyślmy chwilę. Czy po upadku komuny kieszeń przeciętnego Kowalskiego pozwala na godziwe życie we własnym kraju? Czy emerytury pozwalają nam,  jak niemieckim sąsiadom, na zwiedzanie świata w jesieni życia? Czy większość z nas może miesięcznie, bez żadnych kłopotów, zaoszczędzić pieniądze na swobodne wydatki poza jedzeniem i świadczeniami? Jak nasi pobratymcy w Unii – Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi? Otóż nie. I ci, którzy to dostrzegli, zrozumieli, a mają zbyt wiele godności, by wysługiwać się politycznym kacykom, są od dawna w Londynie. Na zmywaku, niestety.

Spór „czarnych” z „tęczowymi” nie służy dziś nikomu poza wysokimi funkcjonariuszami obydwu ugrupowań. No i tajemniczym obserwatorom z zewnątrz… Może, w co głęboko wierzę, Polska naszych potomków wyglądała będzie inaczej. Może zostanie krajem ludzi zamożnych, których stać będzie na godziwą opiekę medyczną, edukację wysokiej próby, godną starość, wypełnianie potrzeb kulturalnych… Może ten post-komunizm (wszystko jedno, pod jakim sztandarem) wreszcie zdechnie. Obyśmy zrozumieli to jak najszybciej.

O Budowlanych w pucharach, czyli wielka rodzina

Przez kilka lat zastępowałem sporadycznie kolegę by w końcu zostać na dłużej… Ani się człowiek obejrzał, aż tu minął drugi sezon na spikerce Budowlanych. Dziś jest szczególny dzień: siatkarki KS Budowlani Łódź wywalczyły piąte miejsce w Orlen Lidze. Najlepsze od czasów debiutu na najwyższym poziomie rozgrywek w latach 2009/10, gdy rozpędzony beniaminek zajął czwartą lokatę, wywalczył Puchar Polski i zagrał w europejskich pucharach. Obecnej drużynie zabrakło naprawdę niewiele, by tamten sukces powtórzyć – na drodze stanęły przede wszystkim kontuzje i pech, jak słynne zatrucie pokarmowe w jednym z hoteli w Bielsku, któremu uległa prawie cała ekipa… Nie ma co się jednak martwić. W obecnym, sportowo-finansowym układzie sił Orlen Ligi, właśnie o piątej lokacie jako możliwej do wywalczenia i zgodnej z oczekiwaniami, mówili eksperci. Zamiar się powiódł, a kibice Budowlanych są bardzo zadowoleni – ich ulubienice przez cały sezon walczyły niezwykle ambitnie, dając dowody swego przywiązania do barw drużyny, której kibice z meczu na mecz coraz piękniej nagradzali je swoim dopingiem.

Jak to jest być spikerem w sali o pojemności 13 tysięcy ludzi, która na mecze ligowe siatkówki kobiet zapełnia się w niewielkiej części? Trudno, gdy trzeba zachęcić do dopingu i zabawy dwa tysiące osób, w olbrzymiej przestrzeni Atlas Areny sprawiające wrażenie małej, rozproszonej grupy. Łatwiej, gdy grupa ta okazuje niezwykłą życzliwość wobec prowadzącego zawody. A tak właśnie jest na meczach Budowlanych. Fani są przychylni spikerowi, który czasem… trochę traci głowę. Cóż, jestem – jak oni – kibicem tej drużyny. Bywa, że wrzeszczę i wyję jak potępieniec, co z pewnością nie każdy kibic przyjmuje radośnie. Ale zdarzają się też chwile graniczące z magią. Gdy zespołowi nie idzie, traci punkty lub koncentrację i przydałby się dziewczynom jakiś pozytywny „kopniak” energetyczny, kibice dają się trzymającemu mikrofon spikerowi trochę poprowadzić. Udziela się im ten dziwny rodzaj przekonania, że na parkiet jakoś tam z trybun spływa energia, pozwalająca zespołowi rzucić się do walki. I to się sprawdza! Wiele razy było tak, że przy naszej zagrywce, przy zwiększającym się dopingu kibiców, dziewczyny zdobywały kilka punktów z rzędu, odrabiając potrzebne straty lub wychodząc na wygodne prowadzenie. Ja wiem, że siatkarki są skoncentrowane na grze, nie rozglądają się po trybunach w czasie rozgrywanej akcji – ale jednak atmosfera wsparcia MUSI być na parkiecie wyczuwalna. One same zresztą, ku wielkiemu zadowoleniu fanów, wciąż przypominają w wywiadach jak wielką pomocą są dla nich aktywni kibice.

Tak więc rośnie i pęcznieje ten pozytywny ruch kibicowski, w którym olbrzymią – i twórczą – rolę odgrywają ultrasi. Grupa najbardziej aktywnych kibiców na sektorze R stale się powiększa, są tam całe rodziny, chłopaki wciągają dziewczyny a rodzice- dzieci, a te są najcudowniejszymi kibicami. Dziś mała dziewczynka przyniosła wraz z mamą wielki, niebieski kwiat z napisem „Gabi”, oczywiście na cześć Gabrieli Polańskiej. Nasza środkowa (zresztą prywatnie cudowna, życzliwa dziewczyna), wzięła potem ten tekturowy znak uwielbienia, ściągnęła małą z trybun i razem pozowały do zdjęć po wygranym spotkaniu… Wzruszający moment, który dziecko zapamięta pewnie na całe życie. Ale grupa ultras Budowlanych to nie tylko powiększanie ekipy o kolejne pokolenia fanów. Kibice robią oprawy, organizują wyjazdy – a przede wszystkim, dbają by w prowadzony doping włączali się fani z pozostałych sektorów. To ultrasi wymyślili „rakietę”, do której dołączają się, wstając z miejsc, wszyscy ludzie w hali. Wygląda to i działa kapitalnie! Coraz lepiej wychodzi też skandowanie poszczególnych haseł metodą „na echo”, czyli z odpowiadaniem kibiców po drugiej stronie parkietu… Razem z prowadzącym oprawę muzyczną na meczach DJ’em, Jackiem Grzegorzewskim staramy się, by wszystko to razem było odpowiednio skoordynowane. Jeszcze nie zawsze się udaje. Ale jest z meczu na mecz coraz lepiej. A co najważniejsze, kibice zaakceptowali nasze wysiłki i postanowili chętnie współpracować z nami, by faktycznie doping stawał się jednorodny, obejmując wszystkich obecnych. To daje efekty, momentami naprawdę imponujące.

I tak właśnie tworzy się Wielka Rodzina Budowlanych. Ze świetnym zespołem na czele, bardzo udanie zbudowanym w tym sezonie dzięki wysiłkom prezesa Marcina Chudzika, charyzmatycznych trenerów: Jacka Pasińskiego i Błażeja Krzyształowicza oraz całego zespołu szkoleniowego. Tam każdy jest fajnym człowiekiem, wszystkie siatkarki (dobrane w zespół zbilansowany sportowo ale i charakterem) i każdy facet w tej ekipie. Nie czas tu na analizę gry Budowlanych, ale panie od początku sezonu bardzo się polubiły, miały też wspólny cel, jakim było wygrywanie. Niczego więcej w naszej kapeli nie trzeba. Oby jak najwięcej dobra z tego zespołu zostało na kolejny sezon!

O debiucie Talanta, czyli „ręczni” w dobrych rękach

Zwycięstwo 25:20 nad Macedonią, czyli pewne i niezagrożone, uspokoiło kibiców. W ten sposób debiut trenerski Talanta Dujszebajewa, nowego opiekuna reprezentacji Polski w piłce ręcznej wypadł niezwykle pozytywnie. Przed najważniejszą imprezą roku, po zawalonych Mistrzostwach Europy, trener Biało-Czerwonych miał zaledwie 9 dni na przygotowanie drużyny (tyle trwało zgrupowanie). A jeśli Polacy nie awansują do igrzysk olimpijskich po turnieju eliminacyjnym, rozgrywanym właśnie w Gdańsku, to lepiej nie myśleć, jaka będzie przyszłość naszego szczypiorniaka… Na szczęście początek został zrobiony fachowo: nie dalej jak w styczniu Polacy wygrali na Euro z tą samą Macedonią zaledwie jednym golem i po wielkiej nerwówce. Dziś od pierwszych minut nasi kontrolowali sytuację, rzucili kilka bramek – a co ważne, nie dali rywalom rozwinąć skrzydeł. Mieliśmy to, z czego słyniemy od zawsze. Sławka Szmala w bramce (znowu ponad 45% skuteczności, ja nie wiem, czy ktoś będzie w stanie go kiedyś zastąpić), solidną obronę i dobrych pół-rozgrywających. Michał Jurecki zrobił swoje, tak samo Karol Bielecki, który do rzutów z dystansu dołożył skuteczne karne.

Prawdziwe zaskoczenie czekało kibiców na środku rozegrania, z którym od długiego czasu nasza reprezentacja ma kłopot. Znów kontuzjowany jest Mariusz Jurkiewicz, Grzegorz Tkaczyk w telewizji komentuje mecze jako ekspert, Bartłomiej Jaszka i Tomasz Rosiński dawno gdzieś zniknęli. W tej sytuacji ujrzeliśmy na tej newralgicznej pozycji… Przemysława Krajewskiego. Tak, nie mylą się Państwo – to ten sam skrzydłowy, który jeszcze na styczniowym Euro rozgrywał po lewej stronie boiska życiowy mecz przeciwko Francji. Teraz Dujszebajew przestawił go na środek. Od razu powiedzmy, że było to kapitalne posunięcie! Talant odnalazł w tym graczu odpowiednie predyspozycje do gry płynnej, kombinacyjnej, taktycznej i odważnej. Bramki, asysty, gra jeden na jeden  – Krajewski to wszystko robił, ani przez chwilę nie powodując swoją grą obniżenia ofensywnej jakości zespołu. Prawdziwy walczak, w dodatku obdarzony umiejętnością dobrego analizowania gry i wszechstronnego widzenia. Dobry wybór! Oby Krajewski był tak samo przekonujący w meczach z Tunezją i Chile.

Czego brakuje? No, zwycięzców się nie sądzi, to pierwsza sprawa. Po drugie, nową koncepcję drużyny wprowadza się stopniowo i rękę trenera znać będzie dopiero po jakimś czasie. Ale z całą pewnością trzeba cały czas poprawiać bieganie do kontry. Nie rzuciliśmy kilku takich sam na sam, że wszystko bolało… Dziwnie mało rozgrywający wykorzystują też kołowego i skrzydłowych. Nadal główną bronią Polaków są rzuty z drugiej linii, ale przecież w końcówce kadencji Bieglera wariantów z kołowymi było już parę – i działały. Koniecznie trzeba rozwijać tę koncepcję, a skrzydłowi aż się momentami proszą o podanie. Może jednak taki sposób gry akurat na Macedonię był nieprzydatny: obrotowi mieli często na karku dwóch potężnych, środkowych obrońców tej drużyny. A przez to tworzyły się luki do rzutu z dystansu, co z kolei nasz zespół zawsze skwapliwie wykorzystuje. Piłka rzadko wędruje na skrzydło.

Nie ma jednak co narzekać. Turniej kwalifikacyjny, niewygodny rywal, nowy trener – a wygrana pewna. Jeden mecz z głowy, wygramy kolejny i jedziemy do Rio. I choć eksperci powtarzali zgodnie, że tych eliminacji po prostu nie mamy prawa przegrać, w sporcie nie takie rzeczy się zdarzały. A w naszej „szarpiącej nerwy” kadrze piłki ręcznej to już szczególnie. Oby Talant Dujszebajew dalej miał dobrą rękę, bo jeśli na olimpiadę pojedziemy, o wyniki tej drużyny będę znacznie spokojniejszy, niżbyśmy dotarli tam z Michaelem Bieglerem.

O widocznym postępie, czyli jak rozwijają się piłkarze

Kilka lat temu, przed Euro 2012,  ówczesny trener reprezentacji Polski Franciszek Smuda zabrał swoich piłkarzy na mecz do Hiszpanii. Mieliśmy ćwiczyć otwartą grę z silnym rywalem, nabrać odwagi na polu rywalizacji z najlepszymi oraz rozwiać kilka mitów – między innymi ten, że narodowa kadra jest wyjątkowo słabą drużyną. Przegraliśmy 6:0 a mecz był popisem naszej bezradności. Polscy piłkarze (wśród nich kilka nazwisk importowanych z lig zachodnich dzięki swojskiemu pochodzeniu) tylko biegali wokół hiszpańskich gwiazd, sprawiających wrażenie, jakby grały na 50% swoich możliwości.

Może to przesada, ale podobne wrażenie odniosłem dzisiaj, oglądając mecz Polska – Finlandia. Jednak tym razem w roli bezwzględnych nauczycieli wystąpili nasi zawodnicy. Biedni Finowie mieli problem z opuszczeniem własnej połowy, a jedyną naprawdę groźną sytuację stworzyli po koszmarnym błędzie Jędrzejczyka, naprawionym mądrą interwencją Pazdana na linii bramki spóźnionego Boruca. Ale poza tym jednym, wstydliwym momentem Biało-Czerwoni grali jak profesorowie, sprawiając wrażenie jakby w sparringu przed rozgrywkami Euro 2016 podejmowali zespół, występujący dwie ligi niżej.

Co ciekawe, trener Adam Nawałka nie ukrywał, że głównym celem obecnego zgrupowania kadry (poza oczywistym doskonaleniem schematów taktycznych) jest obserwacja piłkarzy dopiero starających się o miejsce w pierwszej jedenastce. Za chwilę wyjazd na turniej, ktoś musi zostać w domu. Teraz i w meczu z Serbią dawano szansę postaciom drugoplanowym: Salamon, Wszołek, Zieliński czy Teodorczyk dawno nie występowali w kadrze lub pojawiali się na boisku, wchodząc z ławki. Przeciwko Finlandii nie wybiegło zatem od początku paru reprezentacyjnych pewniaków, na czele z Lewandowskim, Błaszczykowskim i Piszczkiem. A występ takiego Filipa Starzyńskiego niektórzy kibice obserwowali z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy piłkarz o tym nazwisku w ogóle kiedykolwiek pojawił się na kadrowym poziomie… Pomocnik Zagłębia Lubin grał jak w transie, strzelił piękną bramkę. Wszołek dołożył dwie – a zdobywca kolejnych dwóch trafień, Kamil Grosicki (też do niedawna borykający się z kłopotem braku regularności narodowych występów) sprawiał w tym gronie wrażenie gracza prawie z innej planety…

A przecież w ciągu minionych, długich lat kibice oglądali mecze sparringowe kadry z bólem zębów i rozpaczą w oczach. To, co wyprawiali tam zmiennicy, „drugi garnitur” kolejnych selekcjonerów nieodmiennie wzbudzało, przetaczające się wzdłuż i wszerz kraju, gromy pod adresem kopaczy. Nie dawało się tego oglądać, a zespoły średniego lub słabego poziomu wypadały przy naszych jak elita, niejednokrotnie tłukąc nam zadki bolesnymi porażkami… Jakże przyjemnie ogląda się dziś te spotkania, dawniej określane haniebnym mianem „meczów o pietruszkę”! Dziś kadrowicze Nawałki mają jakiś pomysł na grę. Widać, że przez cały mecz realizują określony plan strategiczny, nie przejmując się składem występującej jedenastki ani wynikiem na tablicy świetlnej. Grają z zaangażowaniem – tak, jak o punkty. A w związku z tym drużyny pokroju Finlandii, europejskie średniaki, nie mają prawa na Biało-Czerwonych poprawiać sobie jakichkolwiek statystyk.

I to jest właśnie najpoważniejsza zmiana – naprawdę dobra – jaką dała reprezentacji Polski kadencja Adama Nawałki. Ta drużyna coraz bardziej zaczyna przypominać najlepsze kadry narodowe świata, systematycznie niwelując błędy, doskonaląc schematy z wykorzystaniem kwalifikacji poszczególnych graczy. A często piłkarze traktowani są nietypowo. Lewy obrońca Rybus? Proszę bardzo… Defensywny pomocnik Kapustka, prawoskrzydłowy Wszołek?  Jak najbardziej! Okazuje się, że przywiązanie gracza do pozycji w klubie nie musi wcale dla Nawałki oznaczać sytuacji na resztę piłkarskiego życia. On, jak się zdaje, widzi w tych chłopakach cały szereg różnych możliwości gry, a co najważniejsze, potrafi je umiejętnie uruchomić. Pomaga w tym duch drużyny, „team spirit”, mocno podbudowany awansem do europejskiego turnieju, historycznym zwycięstwem nad Niemcami i ogólnie odczuwalnym przekonaniem, że „sky is the limit”, czyli w tej ekipie można przenosić góry. Co widać na boisku i słychać w pomeczowych wywiadach chłopaków…

Niech więc tak grają. Jak najdłużej –  nie tylko na Euro ale i w następnych eliminacjach. A my kibice będziemy sobie tę grę z radością oglądali. Należy się nam po kilkudziesięciu latach piłkarskiej żałoby. A dziś, do wielkanocnego pięciopaku od Polaków dla Finlandii, swój świąteczny prezent dołożyli nam Niemcy. Właśnie skończył się mecz przeciwko Anglii, w którym przegrali u siebie 2:3, tracąc gola w ostatniej akcji meczu. Nie chcę być posądzany o złośliwości, ale niech będzie to dla nas dobry omen przed turniejem… Wesołych Świąt!