O waleniu głową w sufit, czyli jak wypromować przebój i zostać znanym artystą

Młode zespoły często pytają mnie, jak wypromować swoje utwory. Chcą przebić się do mediów, bo wierzą, że grają muzykę porywającą dla fanów, mogą awansować do ekstraklasy krajowych wykonawców… Jest o co walczyć. Wystarczy jedna rozpoznawalna piosenka, hicior, nadawany przez rozgłośnie w całym kraju, żeby pojeździć trochę w sezonie z koncertami. Trzeba mieć przebój, a wtedy sprawny menadżer złapie odpowiednie kontakty w terenie: wykonawca może liczyć na zaproszenia do udziału w plenerowych imprezach, dyktując oczywiście stosowną kwotę jako wynagrodzenie za występ. W czasach internetu sprzedawanie płyt, zwłaszcza debiutantów, idzie słabo. Trzeba liczyć na koncerty, jeśli chce się swoją artystyczną działalność zdyskontować w jakikolwiek sposób, a nie pozostawać jedynie w zatęchłej przestrzeni garażu lub piwnicy.
Pytają mnie zatem o radę lub proszą o pomoc wprost. Staram się pomagać, jeśli mogę, choć promocja w lokalnej stacji ma się nijak do regularnego emitowania utworu na antenie ogólnopolskiego giganta. A problem pozostaje: tak naprawdę nie wie nikt, dlaczego niektórzy mają dobrze i w momencie debiutu osiągają sukces, a inni całymi latami tułają się w poszukiwaniu choćby drobnej cząstki medialnej popularności.
Z pewnością trzeba pytać o charakter wykonywanej muzyki. Metalowcom z zasady będzie znacznie ciężej niż wykonawcom pop. Tu nikt kłócić się nie zamierza – chcesz, żeby cię w radio puszczali, zagraj lekko, łatwo i przyjemnie. Co jednak z tymi, którzy (nawet zgodnie ze swym artystycznym podejściem) grają muzykę przyswajalną, a mimo to w mediach przebić się im trudno?
Wielu moich kolegów, jeszcze z radiowych czasów, piastuje dziś odpowiedzialne funkcje szefów muzycznych ogólnopolskich stacji. Rozmawiam z nimi, pytając – jak to robisz? Masz do wypełnienia ramówkę, w tych godzinach musisz zmieścić dziesiątki utworów różnych wykonawców… Kto ma priorytet, kogo będzie więcej, czy sam lansujesz kapelę, czy twoi szefowie dają ci wytyczne? A może są inne mechanizmy wyboru? Jakie?
Trudno prowadzi się takie rozmowy, bo chodzi o to, żeby nikogo nie obrazić. Najczęściej słychać odpowiedź, że decydują sami odbiorcy – widzowie, słuchacze. Chcą danej piosenki, więc się im ją daje. Po to mamy te wszystkie głosowania, plebiscyty, listy przebojów. Interakcja, kontakt z odbiorcą. No dobrze, na nowy przebój znanej kapeli chętnie wszyscy czekamy. Szef muzyczny ryzyka nie ponosi: dostaje od wytwórni singiel z nowej płyty znanego wykonawcy „x”, musi tylko wbić go do ramówki. A co wtedy, gdy trzeba wypromować debiutanta? I nie ma argumentu o woli odbiorców? Zawsze jest taki moment, że wykonawca wydaje pierwszą płytę i pierwszy z niej singiel staje się przebojem. Kłopot w tym, że nie wszystkim debiutantom dane jest wybicie się na gwiazdę.
To jasne, że o sprzedaży każdego towaru decydują mechanizmy rynkowe. Nie trzeba wzdragać się na myśl, że muzyka jest towarem. Jak wszystko, co podlega sprzedaży, choćby i najszlachetniejsze dźwięki są w tym systemie traktowane jak każdy inny produkt handlowy. A jeśli towar jest nowy, trzeba zainwestować w jego promocję. Wytwórnie płytowe wydają gwiazdy, a w swych budżetach na pewno rezerwują środki na inwestycje w nowe twarze. To czysty biznes: wytwórnie muszą w ogólnym bilansie wyjść na swoje, więc promocja debiutanta, o ile zapadnie decyzja o jego wspieraniu, mało ma wspólnego z dywagacjami merytorycznymi. Dobry ten kawałek czy nie? Każdy powie inaczej, ale nas wydawców nic to nie obchodzi: choćby krytycy nie pozostawili na tym suchej nitki uznajemy, że to się sprzeda, podejmujemy więc inwestycyjne ryzyko. Nasze własne ryzyko – jeśli pieniądze utopimy, nasza strata. Trudno więc dziwić się, że wytwórniom zależy na intensywnym promowaniu utworu w mediach. Gdy więc pojawiają się opinie, jakoby duże stacje radiowe i telewizyjne „siedziały w kieszeni” wydawców płyt, trudno w logiczny sposób im zaprzeczyć. Choć oczywiście szefowie muzyczni twierdzą, że to potwarz, a nikt przecież nikogo za rękę nie złapał. Każdy cynicznie przekonuje, że skoro nie ma dowodów na tak wyrysowany łańcuszek korupcyjny, nikt nie ma prawa oskarżać media o podobne przekupstwo.
Tkwimy więc w świecie hipokryzji. Media nie mogą sobie pozwolić na jawne przyznanie się do układów z wytwórniami. Nikt dowodów korupcji nie zgromadził, więc nie istnieje żaden precedens. Dopóki jakiś dziennikarz śledczy nie ujawni, że oto pewna rozgłośnia radiowa przyjmuje pieniądze od wytwórni płytowych za wypuszczanie w eter wybranych utworów, wskazywać nikogo palcem nie mamy prawa. A szef muzyczny stacji jawi się początkującym zespołom niczym bóstwo, trzymające w swych dłoniach klucze do szczęścia wybranego debiutanta…
Nie potrafię wskazać jednoznacznej drogi wyjścia z sytuacji. Potrzebne są pieniądze, własne lub zamożnego mecenasa w postaci wytwórni płytowej, by z nikomu nieznanego zespoliku wyrosła gwiazda pierwszej wielkości, rozpoznawalna w kraju i na świecie. Pytanie, jak do tych pieniędzy dotrzeć jest pytaniem otwartym. Bywa, że wydawcy płyt podejmują inwestycyjne ryzyko w oparciu o wiedzę, odnośnie undergroundowej popularności wykonawcy. Tu dobry przykład, COMA, która wychowała sobie w klubach Łodzi wierną publikę, zauważoną następnie przez koncern płytowy. Proces trwał wiele lat, ale jego zwieńczeniem był sukces, artystyczny i medialny. I to chyba najlepsza podpowiedź dla każdej początkującej kapeli.

Wpis numer jeden, czyli serdeczne powitanie i próba prezentacji.

Witam wszystkich serdecznie!
Pewnie większość osób, których będę miał zaszczyt powitać jako czytelników bloga, to znajomi – bliżsi lub dalsi, przyjaciele bądź ludzie, podtrzymujący ze mną kontakt, w jakiejkolwiek formie. Może też zdarzyć się, że wizyty będą tu składać osoby całkowicie mi nieznane, lub tacy, którzy dzięki internetowej relacji staną się moimi znajomymi.
Dziękuję, że jesteście. Wszyscy, realni znajomi czy przypadkowi zaglądający są dla mnie ważnymi gośćmi. Trochę w myśl teorii postmodernistów, że ogląd odbiorcy dopełnia dzieło sztuki. Nie traktujmy blogowania jako gałęzi literatury pięknej, ale cóż, każda ekspresja słowa pisanego zasługuje na miano twórczości. O klasie tejże na razie nie dyskutujmy.
W sensie zawodowym jestem dziennikarzem, pracuję w lokalnej stacji telewizyjnej, TV TOYA. Podobno cechuje mnie uniwersalizm, to chyba prawda – z zainteresowania, a często z formalnej konieczności, spojrzeniem ogarniać muszę w zasadzie każdą dziedzinę życia, od polityki przez kulturę do sportu. Najczęściej w zakresie łódzkim, lokalnym, ale z natury rzeczy szerzej: obserwuję rzeczywistość, polską, światową, w różnych jej przejawach. Często aż kipi we mnie ochota, by wnioski ubrać w słowa, czasem gorące – by taka publicystyczna lawa mogła zyskać jakiekolwiek ujście… Od razu powiem: nie będzie tu wspierania żadnej opcji politycznej. Niczym Stefan Kisielewski, mam poglądy – gospodarcze. Konserwatywno-liberalne, z takiej perspektywy zamierzam opisywać sprawy, które otaczają nas wszystkich, drażnią, irytują i bolą. Jednakże wbrew licznym piewcom rozwiązań kompromisowych w polityce, wcale nie uważam, że połączenie liberalizmu PO z konserwatyzmem PiS miałoby dla Polski znaczenie zbawienne. Z pewnością odkryjecie to w moich kolejnych wpisach.   
W sensie hobbistycznym jestem muzykiem rockowym. Od wielu lat grywam na gitarze basowej, najbliższe mi dźwięki metalowo-gotyckie. Zakładałem Sacriversum, przez osiem lat współtworzyłem Artrosis, dziś z przyjaciółmi rozpoczynamy (wraz z nowym rokiem) przygodę w nowo założonym Electric Chair. Czasem korci mnie, by dla odświeżenia nastroju pograć trochę bluesa – ale na to brakuje już czasu. Może wystarczy go na pisanie: ten blog ma zmieścić w sobie również uwagi w sprawach muzycznych, szołbiznesowych, tykających rzeczywistości polskiego rynku muzyki rozrywkowej.
Jest o czym pisać. Oby tylko wystarczyło – mnie weny, a Wam cierpliwości. Niemniej powołuję ten blog z nadzieją, że wiele ciekawych dyskusji znajdzie tu swój początek.      
Zapraszam Was serdecznie do ich podejmowania!
Remigiusz "Remo" Mielczarek