O „predatory state”, czyli państwie drapieżczym

Okazuje się, że istnieje niezła definicja rządów, jakie obecnie rozwijają się nad Wisłą. „Państwo drapieżcze”, z angielska „predatory state”, charakteryzuje się tym, że władza wysysa z nas pieniądze, niczym drapieżca krew swej ofiary. Rzekomo na cele publiczne, a tak naprawdę wydaje tę kasę na własne interesy.  Bartosz Marczuk w „Rzeczpospolitej” (nr 23, 28.01.2013) podaje tę definicję za Bartłomiejem Radziejewskim („Rzeczy wspólne”) – złorzecząc Donaldowi Tuskowi za fotoradary.  Urządzenia te – „szpony drapieżcy” – służą wszechwładnym urzędnikom do wydzierania z nas pieniędzy, które (choć z deklaracji mają pójść na drogi) gdzieś na pewno rozpłyną się w morzu polskiej biurokracji…

Świetnie, że komentatorzy widzą wreszcie problem i nie boją się nazywać zjawiska wprost. Ale też warto przy tej okazji spojrzeć nieco szerzej: czy „szponami predatora” nie będą dla nas takie instytucje współczesnej władzy, jak choćby ZUS, NFZ czy izby skarbowe? To wszystko jedynie pośrednicy w  zbieraniu od narodu haraczu zbyt wysokiego niż to, co aparat polskiej biurokracji daje obywatelom w zamian. Nie mamy godziwych emerytur, rzetelnej opieki zdrowotnej, niskich podatków. Oczywiście – dróg też nie mamy, ale trzeba podkreślać z całą mocą: fotoradary to tylko jeden z elementów systemu, przez który wszyscy polscy obywatele systematycznie biednieją, nie otrzymując w zamian (jak piszą przywoływani tu publicyści) odpowiedniego „serwisu” w postaci usług publicznych. Lub pieniędzy, zostawianych w kieszeni dzięki przyjaznemu systemowi podatkowemu.

Polska, choć chwali się w świecie sukcesami swojego „młodego kapitalizmu” jest w gruncie rzeczy państwem znacznie bardziej socjalistycznym, niż uchodząca za taką Szwecja. Czemu Szwedom, płacącym swojemu fiskusowi średnio 50% własnych dochodów, żyje się lepiej, niż (teoretycznie) mniej uciskanym Polakom? Ano, Szwedzi mają na każdym kroku usługi publiczne na wysokim poziomie. Wiedzą i widzą za co płacą każdego miesiąca ciężką kasę z własnych kieszeni. Ten „socjalizm z ludzką twarzą” daje im komfort bieżącego życia, bo ich składki idą naprawdę NA NICH. A nie na utrzymanie żarłocznej, „drapieżczej” właśnie, państwowej biurokracji. Na co idą składki Polaków? To jasne – w pierwszej kolejności na utrzymanie urzędników, a etatów biurokratycznych nasza władza każdego roku tworzy coraz więcej. Nie są to bynajmniej produktywne miejsca pracy: zatrudniani tam ludzie, oczywiście „krewni i znajomi królika”, często pobierają sowite apanaże z publicznej składki za pracę, którą trudno ocenić czy wymierzyć. Nie wiadomo, co dają społeczeństwu setki posad urzędników NFZ w sytuacji, gdy pieniędzy na godziwe leczenie publiczne wciąż jest za mało…  Ciekawe byłyby konkretne obliczenia: ile złotych zyskają polscy pacjenci, gdyby zlikwidować jednocześnie NFZ i Ministerstwo Zdrowia – a pieniądze, potrzebne miesięcznie na ich utrzymanie, przekazać szpitalom i poradniom???

Szwedzi świetnie wiedzą o tym, że nie stać ich na biurokrację. W stutysięcznym Orebro jest tylko JEDEN ośrodek władzy politycznej, nazywa się Landstyrensen. Na jego czele stoi wojewoda i nadzoruje również sprawy lokalne, jako regionalny samorząd. W każdym polskim mieście wojewódzkim są tymczasem trzy ośrodki władzy: jeden centralny (Urząd Wojewódzki) i dwa samorządowe (Urząd Miasta, Urząd Marszałkowski). Łatwo policzyć,  ile pieniędzy są w stanie zaoszczędzić Szwedzi na zbędnych etatach biurokratycznych. Mogli dzięki temu wybudować np. sieć podziemnych parkingów pod całym Orebro. Nie trzeba przypominać, jakie problemy z parkingami mają duże polskie miasta.

Przykłady można by mnożyć i rozszerzać. „Drapieżcze” polskie państwo nie liczy pieniędzy, bowiem przyjęło strategię łupieżczą: jak nam zabraknie, to zabierzemy ludziom. W końcu mamy władzę i każemy im płacić… Tymczasem banalna prawda ekonomiczna kłuje w oczy: im więcej państwowego interwencjonizmu, im więcej biurokracji i niepotrzebnych wydatków systemowych, państwo będzie biedniejsze.  To znaczy, że ludzie w nim mieszkający będą biedniejsi – to właśnie nad Wisłą boleśnie przerabiamy od 1989 roku. A wszystkim, którzy twierdzą, że w naszej gospodarce powinniśmy wzorować się na pomysłach, sprawdzonych w bogatych krajach zachodnich, powtórzmy kolejną z banalnych prawd. Otóż Polska NIE JEST bogatym krajem zachodnim. I żadne z keynesistowskich, czyli socjalistycznych rozwiązań ekonomicznych, sprawdzić się tu nie ma prawa. Po prostu nas na to nie stać.

Jedna odpowiedź do “O „predatory state”, czyli państwie drapieżczym”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *