O Tomaszewskiego Włodzimierza przypadku, czyli znów o politycznej sitwie

Wyrzucony z pracy prezes łódzkiego ZWiK, Włodzimierz Tomaszewski (były wiceprezydent Łodzi) nazwał upodleniem moralnym decyzję władz miasta, zwalniającą go ze stanowiska. Dziennikarzom kazał w specjalnym oświadczeniu szukać drugiego dna tej sprawy – bo przecież dobry wynik finansowy spółki, a przede wszystkim zawarta umowa polityczna, miały zagwarantować mu spokojną pracę…

Tomaszewski, pierwszy zastępca Jerzego Kropiwnickiego w rządzącym przez siedem lat Łodzią „czarnym” gabinecie, zawsze uchodził za człowieka pracowitego – i szczerze oddanego konserwatywnej idei politycznej. Dawny działacz „Solidarności”, nie był w żadnej partii. Współtworzy (do dziś) Łódzkie Porozumienie Obywatelskie, czyli matecznik starych opozycjonistów, nazywających siebie prawicą, wyznających kościelno-narodowe ideały oraz krzewiących antykomunistyczną retorykę. Tomaszewski złamał jednak swój ideologiczny kręgosłup: w ostatnich wyborach samorządowych poparł Hannę Zdanowską z PO. Gdy tylko dostał przed drugą turą obietnicę lukratywnej posady prezesa miejskiej spółki, zajmującej się wodociągami. Sam, jako „kandydat niezależny”, odpadł w pierwszej turze.

Idee, czyli świadomość, to jedno. Byt, czyli pragmatyka – to drugie. Wielu spośród dawnych pobratymców „Kropy”, czy to w miejskim samorządzie, czy w ŁPO właśnie, zapisało na koncie spektakularną zmianę barw klubowych, gdy tylko na horyzoncie pojawiła się możliwość zarabiania dużych pieniędzy z publicznego źródła, w symbiozie z dotychczas wrogim ugrupowaniem. Na tym blogu pisałem nie raz o politycznych chorągiewkach, nie tylko po prawej stronie sceny i nie tylko w Łodzi. Często pokusa konsumowania smakowitego tortu okazuje się dla polityków znacznie większa, niż pozostawanie w odsuniętych aktualnie od władzy szeregach swojej partii. Nie wszyscy zmieniają partyjną przynależność, ale biorąc od konkurentów sowicie opłacane synekury, nie pozostawiają swoim wyborcom wątpliwości, co do prawdziwego celu swego życia w świecie władzy…

Marcin Mastalerek z PiS, barwna postać sejmowych korytarzy, mówi o Tomaszewskim: „Platforma przeżuła go i wypluła!”. Jeden z wysoko postawionych urzędników miejskich (z PO)  tłumaczy, zachowując anonimowość,  że ten cały ZWiK to spółka z definicji dochodowa. Przecież i tak wszyscy muszą płacić za wodę. I dodaje, bez żadnej żenady: „gdyby miała przynosić większe zyski, to chyba tylko wtedy, jakbyśmy dali tam na prezesa kolesia NAPRAWDĘ ZNAJĄCEGO SIĘ NA WODOCIĄGACH.”  Pomijam okrutny cynizm platformerskiego działacza, który nawet nie sili się na ukrywanie nepotyzmu i kolesiostwa swojej partii, dzierżącej władzę na wszystkich szczeblach administracji… Chodzi o ideę, wszechobecną w polskim sektorze publicznym a w swej patologii wypaczającą normalność wszystkiego, co powinno wiązać się z gospodarowaniem publicznymi pieniędzmi.

Widać mianowicie, również dzięki przygodom Tomaszewskiego, że przez uznanie demokracji za „najlepszy system władzy” dochowaliśmy się współcześnie klasy panów, których jedynym celem jest dostęp do żłoba. Ci ludzie tracą swój czas i pieniądze wyłącznie na to, by utrzymać się na politycznym świeczniku: dać sobie szansę, przez wybory, na zajmowanie stanowisk, gdzie ogromne pieniądze zarabia się, zarządzając publicznym majątkiem. Nazwa ugrupowania zupełnie się nie liczy: lewica z „prawicą” toczą dla publiczności pozorowaną wojnę. Chodzi wyłącznie o miejsce w szeregu osób wybieranych. I wypracowanie układu, w którym nawet polityczna przegrana nie zagrozi posiadanym możliwościom: przegrałem, niech więc zwycięzcy mi pomogą. Ja pomogę im, gdy wygram przy kolejnej elekcji. Odwdzięczę się, jedziemy przecież na tym samym wózku, wysysamy kasę z kieszeni ogółu frajerów, bezmyślnie – przy każdej następnej urnie – wrzucających karteczki dla podtrzymania istniejącego chlewa. Czy w takim przypadku może dziwić, że wszystko jedno, kto zarządza poszczególnymi resortami, na poziomie ministerstw, magistratów, a nawet miejskich spółek? Że nie „spec od wodociągów” rządzi wodnym przedsiębiorstwem, tylko jakikolwiek misio, nawet szewc, byle był nasz i przez nas mianowany??? No i oczywiście, będzie zarabiał konkretną sumkę, zatrudni „pod sobą” kolejnych wskazanych kandydatów… O rentowność działania firmy, którą zarządza, martwić się nie musimy. Przecież nie jest „na minusie”, prawda? A w niektórych spółkach, wiadomo, zarabiać się nie da – bo tak, jak ZWiK jest „z definicji” dochodowy, do innych miejskich tworów po prostu trzeba dopłacać.

To właśnie, bardzo istotny, skutek uboczny demokracji. Ludzki ogół oddaje władzę (i swoje pieniądze!) ludziom przypadkowym, całkowicie tracąc kontrolę nad sensownością tych nominacji. A co najbardziej tragiczne – nad ekonomią wydatków publicznej składki. Bo w bogatych krajach zachodnich, przy również istniejącym systemie demokratycznym, ludzie umieją LICZYĆ PUBLICZNE PIENIĄDZE, a politycy mają tylko pełnić funkcję rachunkowych. To w Polsce wciąż nie jest praktykowane. Dlatego jesteśmy biednym krajem.

2 odpowiedzi do “O Tomaszewskiego Włodzimierza przypadku, czyli znów o politycznej sitwie”

  1. Twoje wnioski o oddawaniu władzy ludziom przypadkowym są bardzo trafne. Czasem się zastanawiam, czy to nie powinni być ludzie z praktyką w biznesie, umiejący zbilansować przychody i koszty, efektywnie wydawać pieniądze przeznaczone na inwestycje, potrafiący racjonalnie określić priorytety wydatków itd.

    1. Z pewnością! Jak najmniej spółek z publicznym majątkiem, a jeśli już są – to niechby zarządzane przez fachowców z danej branży, którzy mają już pieniądze i nie muszą się dodatkowo obławiać… Tak się często dzieje w Europie, np. we Włoszech podczas ostatniego kryzysu rządowego powołano na stanowiska ludzi nie z partyjnego klucza, ale patrząc na majątek i kompetencje. W Polsce, niestety, jest odwrotnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *