O Witolda Rosseta przemowie, czyli punkt wyjścia do szerszej dyskusji

Gdy Witold Rosset wszedł na mównicę, na sali zapadła cisza. Taka specjalna, nerwowa, pełna mrocznego napięcia. Później mówiono, że gdyby w powietrzu zawiesić lewitującą żarówkę, zaświeciłaby sama… Rosset wiedział, że skutkiem tej przemowy, a ściślej: głosowania, które wkrótce miało nastąpić,  będzie wyrzucenie go z klubu radnych Platformy Obywatelskiej łódzkiej Rady Miejskiej.

Witold Rosset nie chciał bowiem zgodzić się na partyjną dyscyplinę, zarządzoną w głosowaniu. Jako radny otrzymał, jak wszyscy w klubie, partyjne polecenie wsparcia uchwały o utworzeniu Zarządu Zieleni Miejskiej.  Rosset nie uznawał tego pomysłu za słuszny. Wiedział również, że jego opór nic nie da: większością głosów PO projekt zostanie uchwalony. Dlatego na sali mówił z emfazą, z trudem tłumiąc drżenie rozchwianego emocjami głosu… „Teraz możecie mnie już wyrzucić” – rzekł na koniec, schodząc z mównicy.  Stało się dokładnie tak, jak przewidział: Zarząd Zieleni Miejskiej radni PO przegłosowali. A potem, już w głosowaniu klubowym, wyrzucili Rosseta ze swych szeregów.

Witold Rosset nie jest w pejzażu łódzkiego samorządu postacią szczególnie wyjątkową. „Narodził się” jako rzecznik prezydenta Łodzi Marka Czekalskiego, kojarzonego z politycznym obozem „różowej” Unii Demokratycznej, a jeszcze bardziej z podejrzanymi pieniędzmi Andrzeja Pawelca, u którego w firmie przyszły prezydent miasta pracował jako szef marketingu. Potem Czekalski zaczął mieć kłopoty z prawem, ale one Rosseta ominęły: przez lata z różnym powodzeniem startował w lokalnych wyborach, zmieniając jak rękawiczki ugrupowania polityczne. Unia Wolności, SLD, Demokraci – w końcu PO, do której przystał już w Radzie Miejskiej obecnej kadencji. Nie jako członek tej partii, ale platformerskiego klubu radnych. Zawsze miał poglądy centro-lewicowe, zawsze też skwapliwie korzystał z przyznawanych mu skrawków lokalnej władzy, piastując rozmaite funkcje w spółkach miejskich. Był współtwórcą Aquaparku, teraz ma dobrze płatne zatrudnienie w budującej część Nowego Centrum Łodzi spółce EC 1.

Dlatego niektórzy radni zadawali sobie pytanie: „W co gra Rosset?”, słuchając pełnego emocji, rozedrganego przemówienia na sali. Dla nich było jasne, że wystąpienie jest zwykłym teatrem, grą na zwrócenie uwagi opinii publicznej, którą później zdyskontować można by przy kolejnej elekcji. Nawet kosztem wykluczenia z klubu PO, bo – przypominam – Rosset wydalenia z partii, nie będąc jej członkiem, po prostu nie ryzykował. Co zatem kierowało radnym, że kontestując partyjną dyscyplinę poszedł jak z szablą na czołgi przeciw klubowi, rozsądkowi i ustaleniom rządzącej PO? Czy rzeczywiście chęć politycznego zysku „pod prąd”, wbrew dotychczasowym układom?

Być może, choć osobiście wątpię w podobną teorię. Do następnych wyborów samorządowych jeszcze dwa lata, ludzie zdążą zapomnieć o  rejtanowskim występie. Niewykluczone, że za politycznymi kulisami Platforma z czymś podpadła Rossetowi, nie spełniła złożonej obietnicy. Ale równie realne zdaje się proste wyjaśnienie: Witold Rosset uznał zwyczajnie, że sitwy i bezczelności aż na takim poziomie popierał nie będzie. Dlatego nie wsparł Zarządu Zieleni Miejskiej, złamał partyjną dyscyplinę i zrobił ze sprawy aferę. ZZM jest bowiem, o czym już niejednokrotnie pisałem, najoczywistszym dowodem partyjnej koterii, związanym z tworzeniem przez aktualnie rządzące ugrupowanie stanowisk dla swoich kolegów. Bez względu na to, jak wiele merytorycznych tłumaczeń wypływać będzie ze strony władz Miasta w obronie tego projektu, jedno się nie zmieni: fotel dyrektora nowej jednostki, tudzież trzy fotele jego zastępców, zajmą funkcjonariusze Platformy Obywatelskiej. Nie mający kompletnie pojęcia o zwierzętach, roślinach i wszelkich podobnych składnikach natury miejskiej, podległych nowemu Zarządowi.

Oto właśnie punkt wyjścia do szerszej dyskusji – w sprawie, co do której wystąpienie radnego Rosseta może być jedynie pretekstem. Oto nasz kraj, na poziomie władzy samorządowej ( i nie tylko – model powiela się na każdym poziomie zarządzania politycznego) daje nam system, w którym wspólne pieniądze podatników trafiają do rąk ludzi całkowicie przypadkowych. Tworzone są, ma się rozumieć zgodnie z prawem, spółki, fundacje lub jednostki budżetowe, na czele których, biorąc atrakcyjne pensje, stawia się osoby zupełnie „od czapy”, swoim wykształceniem i praktyką nijak do tych tworów nie pasujące. Taka spółka czy jednostka, karmiona obficie dochodami z lokalnego budżetu, może mieć za prezesa nawet osła. Byle  miał koszulkę z logo odpowiedniej partii, umiał podpisywać papiery – a wcześniej zasłużył się odpowiednim zaangażowaniem w walce  o demokratyczną władzę. Wszyscy żyjemy w systemie, promującym Dyzmów, których jedynym fartem jest przystąpienie do właściwiej partii w odpowiednim czasie… Nic tego nie zmieni, dopóki nie wybierzemy kogoś, w czyim interesie będzie zmiana całego systemu. To trudne, ale na polskiej scenie politycznej są partie, przynajmniej deklarujące wprowadzenie wolnościowych idei. Trzeba, gdzie się tylko da, odciąć polityków od zarządzania publicznymi pieniędzmi – a co się z tym wiąże, odebrać biurokracji partyjnej możliwość zarządzania publiczną składką. Czyli po prostu – zlikwidować koryto, prywatyzując dosłownie co się da. Właśnie po to, by politycy (czyli nasi Dyzmowie) nie mieli prawnej możliwości osadzania się na fotelach w spółkach/fundacjach/jednostkach, opartych na publicznym kapitale. Wspólne pieniądze powinny służyć ogółowi! Można wydawać je na bezpieczeństwo (policja, wojsko) i sprawiedliwość. I koniec. Wszystko inne, subsydiowane publicznym majątkiem, to tylko pretekst dla cwaniaków do tego, by pchać się w szeregi partii politycznych, a na koniec położyć łapę na konfiturach, jakie uprzejmy naród podaje tym darmozjadom, zgodnie z prawem i panującym systemem… A oni bezczelnie mnożą wspólne koszta, tworząc dla siebie kolejne etaty, z wymierną stratą dla konkretnych składkowiczów – w tym przypadku łódzkich podatników.  Zaś w tym samym czasie ogromna rzesza nie promowanego przez żadną partię narodu szuka pracy w Londynie albo w Irlandii… Jeśli system się nie zmieni, wystąpienia takie, jak Witolda Rosseta w Radzie Miejskiej, pozostaną pustym teatrem bez żadnego znaczenia dla lokalnej społeczności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *