O Euromanii, czyli – wielki cyrk wystartował!

Długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego, oznajmiającym w Warszawie początek turnieju EURO 2012 obserwowaliśmy w całej Polsce sympatyczne przejawy Euromanii. Na samochodach – flagi i wkładki na lusterka, transparenty w oknach i na ulicach, stawaliśmy do hymnu, kupowaliśmy produkty z piłkarzami na opakowaniach. Jak za czasów Małysza, gdy cały naród solidarnie stawał za naszym dzielnym skoczkiem, by dodać mu otuchy przed kolejnymi zawodami. Z tym, że obecne przejawy uwielbienia dla biało-czerwonych futbolistów znacznie przerastają objawy Małyszomanii w szczytowym okresie. Nic dziwnego, wszak futbol elektryzuje znacznie większy procent kibiców, niż narciarskie skoki.

O stworzenie atmosfery „piłkoszału”, identycznie zresztą, jak w przypadku Małyszomanii, zadbali bardzo skrupulatnie producenci – reklamodawcy przy pomocy agencji reklamowych. Ci, którym opłaca się wykreowanie mitu: gdy coś uwielbiamy, zbiorowo trzymamy kciuki, znacznie łatwiej nam integrować się także przed sklepowymi ladami, kupując gadżety ulubionej drużyny czy sportowca. Fanatyzm tworzy popyt, ten kreuje podaż – i dzięki prostemu łańcuszkowi, w którego tworzeniu wielką rolę odgrywają też ogólnokrajowe media, interes dla wielu branż producenckich kręci się jak szalony. I bardzo dobrze! Nie mam nic przeciwko takiemu nakręcaniu koniunktury! Jednakże „mania” szybko zamienia się w groteskę, gdy za nadmuchanym ponad miarę marketingowym balonem nie idzie rzeczywisty sukces sportowy. O tym zapominają twórcy wszelkich manii, gryząc w konfuzji palce, gdy „naszym jakoś nie idzie”…

Pamiętacie ostatnie lata Małyszomanii? Nasz dzielny skoczek, choć daleko już mu było do dawnej formy (upływ lat w sporcie widać najbardziej!) nadal dźwigał na sobie obowiązki reklamowo/promocyjne, a choć tabuny kibiców jeździły za nim jak kiedyś, sukcesy nie przychodziły. Prezenterzy redakcji sportowej TVP dwoili się i troili by przekonywać nas, że Adam wciąż świetnie fruwa i to dziesiąte miejsce jest jedynie wypadkiem przy pracy… Kibice wykruszali się, Małysz coraz rzadziej wchodził do dziesiątki – a specjaliści od PR wciąż podsycali wygasające uwielbienie dla mistrza. Gdy poziom groteski przekroczył normę, Małysz (czy naprawdę on sam?) podjął decyzję o zakończeniu kariery.

Dlatego reagowałem z ogromnym spokojem, widząc błyskawicznie pęczniejący balon sukcesu polskich piłkarzy na EURO. Entuzjastom trzeba przypomnieć – dwa miesiące temu, jeszcze przed wielkimi meczami Borussii Dortmund z Bayernem w Bundeslidze, eksperci wskazywali Polskę jako jedną z dwóch NAJSŁABSZYCH drużyn w turniejowej obsadzie.  Wszyscy tonowali nastroje uciszając optymistów: poziom naszych zawodników, ich porównanie do światowej czołówki, wciąż nie pozwala nam wierzyć w jakikolwiek sukces na EURO. Ale wystarczył błyskotliwy triumf naszej dortmundzkiej trójki w lidze niemieckiej, a już polscy kibice uznali, że biało-czerwoni są niepokonani. A nastrój ten chętnie podciągnęli spece od rozpędzania „manii”.

Przyznaję, przez chwilę uległem nastrojowi słodkiego triumfalizmu. Zwłaszcza, gdy przecierając oczy ze zdumienia, obserwowałem grę chłopców Smudy w pierwszej połowie meczu z Grecją. Tam było wszystko: idealne rozpracowanie rywala, mądrość taktyczna, piękna bramka „Lewego” po bajkowej centrze Kuby, czerwona kartka – rywal na kolanach. Światowy poziom…  Później? Kreowany na jednego z naszych bożków Wojtuś Szczęsny zagrał tak, jak na co dzień gra w Arsenalu, świetne mecze przeplatając fatalnymi występami. Czyli po prostu minął się z piłką, jak się mu czasem zdarza. Grecy, z golem w plecy i grając w dziesiątkę cofnęli się pod własną bramkę, czekając na cud. I cud się zdarzył, bo Wojtek jest po prostu jeszcze za młody na utrzymywanie równej, wysokiej formy przez pełen sezon klubowo/reprezentacyjny. Wszyscy wierzyliśmy, że zagra świetnie – ale zapytajcie, jakiego chcecie znawcę tematu. Takie koszmarne błędy to w jego wieku jeszcze coś zupełnie normalnego (wie o tym Arsene Wenger i dlatego Szczęsny wciąż stoi między słupkami w klubie). Akurat zdarzyły się teraz – i to dwa, bo po kretyńskim faulu Wojtek z grzeczną miną zdjął rękawice, udając się do szatni z czerwoną kartką na koncie. Tak oto przestał być bożkiem EURO, staczając się z powrotem „from hero to zero”. Jak to zwykle bywa, w próżnię po Szczęsnym ktoś wskoczył: Przemysław Tytoń jakimś kolejnym cudem wybronił nam jeden punkt, resztki honoru i nadziei w tej grupie. Tylko dlatego Euromania ma szansę przeżyć do wtorku, gdy walczyć będziemy o wszystko z Rosją. Gdy to piszę, rozkłada właśnie ona drużynę Czech na łopatki, więc zwycięstwo z nami da „Sbornej” pewne wyjście z grupy: odpuszczania nie będzie.

Polacy z Grekami w drugiej połowie stanęli, nie rozumiejąc po meczu, co się stało. Podobno to zamknięty dach stadionu spowodował duchotę… Teraz to już nieważne: tylko cud da nam wygraną z Rosją i ewentualne wyjście z grupy. Póki mamy na to nadzieję, Euromania żyje i sprzedają się jej produkty. Jako efekt uboczny wytworzonego mirażu siły naszych zawodników z orłem na piersi, tym razem już ustawowym. Nie mam wątpliwości, że większość narodu śnić będzie ten piękny sen jeszcze długo po naszym odpadnięciu z turnieju. Pewnie takie sny są nam potrzebne – śnijmy więc. Zwłaszcza, że turniej jest super. Polacy gościnnie witają przyjezdnych, integrują się z nimi, jest spokojnie, rozpoczął się karnawał i wielka, zbiorowa impreza. Przekonujemy się, że nie jesteśmy gorsi od tych, co organizowali podobne imprezy wcześniej, a my tylko oglądaliśmy to w telewizji. Poczucie specyficznej równości, europejskiego egalitaryzmu jest tu nad Wisłą bardzo wyczekiwane i potrzebne. Nie jesteśmy już kopciuszkiem Europy, choć pewnie piłkarze zaraz z turniejem się pożegnają. Żyjmy tą chwilą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *