O pucharze w hiszpańskich rękach, czyli era „tic-taki”

No i stało się, w sumie nic nadzwyczajnego: znów wielki turniej wygrali Hiszpanie. Trwa era ich absolutnej dominacji, potwierdzanej od pięciu lat, w czasie których drużyna hiszpańska regularnie wznosiła do góry trofea największych piłkarskich imprez globu. A przecież niedawno narzekano w Madrycie, że „gramy pięknie jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. Teraz wygrywają jak zawsze – a świat przygląda się bezradnie, jak drużyna złożona z bramkarza, czterech obrońców i sześciu pomocników rozkłada na łopatki  rywali bez żadnej litości. Prawie jak Małysz w latach największej świetności.

Czy to źle? Absolutnie. Gra czterech najlepszych zespołów EURO 2012 pokazuje, na czym dziś naprawdę polega piłka nożna. A jeszcze chyba nigdy w historii tej dyscypliny nie było tak jaskrawo widać, że to sport zespołowy. Wygrywają ci, którzy grają razem. Wyjątek, potwierdzający regułę: Cristiano Ronaldo, na którego grają koledzy z drużyny. Ale jak go rywale odetną od podań, jednak team przedstawia mniejszą wartość…  Dlatego zwyciężają Hiszpanie, którzy genialność poszczególnych wykonawców systemu podporządkowują jeszcze genialniejszej grze wspólnej – z uwypukleniem interesu drużyny.

Tak samo zresztą robią Niemcy i Włosi – z tym tylko, że Hiszpania przewyższa ich klasą poszczególnych graczy, dlatego w końcu wygrała mistrzostwo. Ale chodzi o jedno: by wypracować działanie maszyny, złożonej z jedenastu idealnie współgrających trybów, nadto w chwili słabości jednego z ogniw, zastępowanych przez dowolną osobę z ławki.

Na ile skutecznie to działa, pokazują dwa przykłady. Pierwszy – to Holandia, zespół blaskomiotnych gwiazd  futbolowych, nijak nie dopasowanych do siebie w zespole. Drugi nazywa się Domenico Balzaretti. Czemu przywołuję akurat postać włoskiego obrońcy, z konieczności ustawianego w drużynie Italii na lewej obronie? Otóż Balzaretti nie jest żadną super gwiazdą, gra w przeciętnym Palermo, w meczu finałowym pojawił się na boisku wówczas, gdy opuścił je kontuzjowany Chellini. W podstawowej jedenastce pojawiał się na turnieju  wcześniej – ale w finale wszedł z ławki i grał bardzo dobrze. Wniosek? Ważne jest, by trener narodowej kadry zbudował „kapelę”, w której nie gwiazdy, a solidni piłkarscy rzemieślnicy nadają się do gry na niezłym poziomie. Nie wystarcza to wprawdzie do pokonania Hiszpanii – ale umówmy się, obecnie nikomu by nie wystarczyło. Przypomnijmy sobie rajd, jaki przy drugim golu wykonał Jordi Alba, skoro już o pozycji lewego obrońcy tutaj mowa.

Może więc utyskiwania Franka Smudy, że nie miał na Euro kim grać, nie są tak do końca zgodne z aktualnym stanem rzeczy… Może i Polska nie ma na lewą obronę zawodnika pokroju Alby, lecz mam niejaką pewność, że gracz w typie Balzarettiego, Chelliniego czy Philipa Lahma mógłby zostać dla polskiej kadry odnaleziony. Ale nie ma co gdybać, bo to wszystko przeszłość. I tak zostaje nam w pamięci fakt najważniejszy: dziś w futbolu wygrywa się linią pomocy. Właściwie dobranych rozgrywających, kreatywnych „twórców gry”, umiejących stworzyć sytuację, ale i odebrać piłkę w defensywie. U Hiszpanów właściwie tylko Busquets nie włącza się do akcji ofensywnych, w finale przedarł się z piłką raz. Atakują za to boczni obrońcy, a wówczas defensywny pomocnik zostaje, by wspomagać dwójkę stoperów w razie nagłej straty i kontrataku rywali. Takiej drugiej linii Polska bez wątpienia nie posiada, a zatem staje się widoczne, dlaczego Lewandowski podań nie dostaje…

Dopóki zatem w naszej drużynie brakować będzie uniwersalnych pomocników, styl gry a la Hiszpania, Barcelona czy Borussia Jurgena Kloppa będzie dla Biało-Czerwonych nieosiągalny. Ale trzeba próbować go naśladować! Choćby tymi piłkarzami, jacy aktualnie są w Polsce do wzięcia. I taka obserwacja, jaka nadarzała się podczas ostatnich spotkań EURO 2012 powinna być punktem wyjścia dla osoby, która teraz przejmie i poprowadzi narodową kadrę.

O parach półfinałowych, czyli bez szczególnych niespodzianek…

Niemcy z Włochami, Hiszpania z Portugalią. Oto zestaw półfinałowych rywali, raczej łatwy do wytypowania nawet przed rozpoczęciem grupowej fazy turnieju. Dwa mecze, w których los zetknął ze sobą podobnie grające zespoły. Trochę szkoda, bo dla kibiców byłoby ciekawiej zobaczyć dwa pojedynki super-pancernika ze zwrotnym, choć lżejszym krążownikiem. A tak – mamy bitwę w wadze ciężkiej oraz rywalizację lekkiej kawalerii… Co oznacza z kolei, że finał będzie starciem typowym: gladiator w zbroi i z mieczem kontra jego rywal z trójzębem i siecią. Bez względu na to, kto awansuje do boju o złoto.

Zestaw par potwierdza tak długoletnią, że aż odwieczną strukturę futbolowej siły na kontynencie. Niemcy i Włosi zawsze byli w czołówce. Hiszpanie w ostatnich latach przełamują znany slogan, że „gramy pięknie jak nigdy, a przegrywamy jak zawsze”. I zdobywają tytuły. Portugalia z kolei zwyczajowo wychowuje sobie jakiegoś gwiazdora, który robi różnicę. Jeśli nie Eusebio (życzymy zdrowia!) to Rui Costa, Luis Figo albo CR7 umieją przechylić szalę zwycięstwa na stronę swojej drużyny, co najczęściej wystarcza do miejsca w czołówce.

Jak większość, obstawiam finał Niemcy – Hiszpania. I podobnie jak wielu, staram się nie typować zwycięzcy. Tu wszystko może się zdarzyć, niczym w Grand Derbi. Niemcy jak zawsze są genialnie zorganizowani jako team. Działają niczym maszyna do zabijania, bez słabych stron w jakimkolwiek punkcie zespołu. Hiszpanie także nauczyli się, chyba od Barcelony, grać futbol totalny.  Jest tam sześciu pomocników, z których każdy może być egzekutorem, w dowolnym momencie. Pytanie, czy wreszcie odpalą w tym turnieju, bo sprawiają wrażenie, jakby najlepsze chowali na koniec. Tylko, że ten  zapalnik ktoś musi włączyć, jak ostatnio Xabi Alonso.

Trzeba więc przyjąć założenie, że w ewentualnym finale Niemcy – Hiszpania padnie dużo goli i rzecz rozgrywać się będzie do samego końca. Stawiam 3:2 dla Niemców, po emocjonującym pojedynku…

O złodziejskim PZPN, czyli mafia piłką zarządza

Mój kumpel z pracy mieszka „na wiosce” niedaleko Łodzi. Tam, z podobnymi sobie  miłośnikami piłkarstwa, postanowił założyć futbolową drużynę. Nie jakąś tam przypadkową, tylko normalny klub piłkarski, biorący udział w oficjalnych rozgrywkach ligowych, organizowanych przez PZPN.  Skrzyknęli się, a następnie zgłosili do łódzkiego oddziału władz piłkarskich, podejmując ochotę walki w najniższej możliwej klasie rozgrywkowej. W okręgu łódzkim jest to siódma liga (na osiem grających w Polsce), czyli tak zwana B Klasa.  Wiecie, ile kosztuje zgłoszenie do łódzkich rozgrywek jednego tylko piłkarza na poziomie B Klasy?  Dwieście złotych. Dwie stówy za samo uznanie przez światłych urzędników piłkarskiego związku, że pan Iksiński może sobie biegać po polu i grać w piłkę z kolegami na terenie rodzinnej wsi.

Ten drobny przykład z samego dołu futbolowego życia naszego kraju pokazuje, do jakich pieniędzy – już w skali ogólnonarodowej – mają na stałe dostęp urzędnicy piłkarskiej centrali. Ile jest takich drużyn, zawodników na ośmiu poziomach krajowego „futbolenia”, we wszystkich regionalnych – okręgowych oddziałach PZPN? Do tego jeszcze zewnętrzne źródła dochodów – sponsorzy, prawa telewizyjne, procenty z transferów…  Polski Związek Piłki Nożnej jest bardzo atrakcyjnym miejscem pracy dla wielu ludzi, można tam obracać ogromnymi pieniędzmi, właściwie bez żadnej poza-branżowej kontroli.

Trudno się przeto dziwić, że PZPN w roku 1989 (jak zresztą inne krajowe związki sportowe) stał się idealną bazą spoczynkową dla usuwanych ze służby oficerów komunistycznych służb specjalnych. Gdy starałem się dwanaście lat temu o licencję stadionowego spikera dyscypliny piłka nożna, PZPN skierował mnie na kilkudniowe szkolenie w stołecznym AWF-ie. W dwóch turach, wiosną i jesienią, oficerowie dawnego SB (nawet się przedstawiali, ze stopnia i nazwiska – to był rok dwutysięczny!!!) tłukli nam kursantom do głów jakieś przeokropne brednie z zakresu „utrzymania bezpieczeństwa na stadionie”. Ten kabaret zakończył się przyznaniem dyplomu w formie laminowanej kartki (oczywiście płatnej) i dzięki temu Polski Związek Piłki Nożnej zyskał grupę osób „uprawnionych do pracy na stadionie w rozgrywkach pierwszej i drugiej ligi”, bo wtedy obowiązywało jeszcze stare nazewnictwo.

Na tym bastionie czerwonych psów łamali sobie zęby kolejni ministrowie od spraw sportowych. Kilku chciało likwidować PZPN lub zmieniać bandyckie zasady wszechwładzy piłkarskiego urzędu, ale zawsze kończyło się tak samo. Straszeniem wywalenia Polski z międzynarodowych rozgrywek, co w perspektywie kolejnych wyborów żadnemu ministrowi (ani jego partii) się nie opłacało. PZPN jest bowiem krajową odnogą światowej, przestępczej organizacji o nazwie FIFA ze swym kontynentalnym oddziałem (UEFA), sprawującym niepodzielną władzę nad piłkarstwem europejskim.

Dlaczego przestępczej? To proste. W skali globalnej zasady funkcjonowania piłkarskiego związku są identyczne z krajowymi. Z takim samym dostępem do gigantycznych pieniędzy, kontroli nad obrotem transferowym (z własnym, niezawisłym prawodawstwem!) i finansowych wpływów zewnętrznych. To tak, jakby jakiś futbolowy Pablo Escobar sprawował niepodzielną kontrolę nad zyskami z produkcji i handlu największej na świecie wytwórni heroiny. Żadna Policja, żaden krajowy rząd ani międzynarodowa struktura polityczna (jak np. Unia Europejska) nie mają najmniejszego wpływu na finansowe obroty niezależnej organizacji piłkarskiej. Jej bezczelność jest do tego stopnia widoczna, że przed turniejem EURO 2012 działacze UEFA po prostu zamknęli dla innych ludzi polskie stadiony, nikogo tam nie wpuszczając pod pretekstem zachowania bezpieczeństwa…

Ta światowa mafia całkowicie kontroluje wszelkie przejawy gigantycznego biznesu, jakim stały się na Ziemi piłkarskie rozgrywki. Tu w Polsce aż tak bardzo by nas to nie bolało. Nawet byśmy się cieszyli, że na skutek UEFA-owskiej decyzji mamy nad Wisłą turniej, pomagający likwidować głębokie, cywilizacyjne zapóźnienia. I siedzielibyśmy cicho, gdyby nie baty, jakie nasi piłkarze od lat zbierają na wszystkich frontach międzynarodowych rozgrywek. Przeczuwamy, że coś jest nie tak, prawda? Bo niby zdolna młodzież piłkarska rodzi się  we wszystkich krajach. Dopiero potem „coś” powoduje, że zaczynamy odstawać od świata a najlepsi grajkowie znad Wisły natychmiast wyłapywani są przez czujnych skautów i transferowani, jak najszybciej, do klubów zachodnich.  Skutek jest taki, że Polska zostaje bez piłkarzy, w klubach i w reprezentacji. A jak się już jakiś zaciąg z zagranicy do kadry da przeprowadzić, to i tak Biało-Czerwona drużyna kończy rozgrywki gdzieś na pierwszym poziomie, w każdym znaczącym turnieju.

A frajdę z sukcesów kopaczy chcielibyśmy mieć jak wszyscy, to znaczy jak obywatele tzw. rozwiniętych krajów europejskich, z którymi jesteśmy w jednej Unii a po likwidacji granic jest nam do nich coraz bliżej. Tam jakoś się da zbudować drużyny, które są w stanie ze sobą rywalizować na poziomie chwilowo niedostępnym dla naszych zespołów, wszystko jedno – narodowego czy klubowych. Boli nas to, że w Polsce się do tego pułapu doskoczyć nie udaje.

Czemu tak jest? Odpowiedź jest banalna: tam są pieniądze. System globalnego zarządzania futbolem przez światową mafię FIFA powoduje, że stawki, obowiązujące w biznesie piłkarskim są nieosiągalne dla naszych struktur krajowych. Działacze PZPN zajęci są pozyskiwaniem zysków z rozgrywek wszystkich szczebli, a nie inwestowaniem tejże gotówki w system szkolenia, gwarantujący młodzieży rozwój, w warunkach nadążających za normalnym światem. Jak wszystko w Polsce, również i piłka nożna w swej biurokratycznej konstrukcji ślepo naśladuje to, co funkcjonuje w bogatych krajach zachodnich. Z tym, że Polska nie jest bogatym krajem zachodnim. I dlatego związkowych pieniędzy nie wystarcza jednocześnie na stworzenie treningowej struktury i napchanie kieszeni działaczom. Ci ostatni pilnują jednakowoż, by wystarczyło na to drugie. I to jest najważniejsza przyczyna kryzysu, gnębiącego od lat polską piłkę nożną.

Co zrobić, by się otrząsnąć? Oczywiście idealnym (oraz sprawiedliwym) wyjściem byłoby natychmiastowe zlikwidowanie FIFA wraz z wszystkim kontynentalnymi oraz krajowymi odnogami. Że nie miałby kto organizować rozgrywek? Wolne żarty – kluby i reprezentacje narodowe same by się dogadały co do terminarzy i organizacji, bez żadnych urzędasów, pośredniczących za grube pieniądze w tym procederze. Gdyby się nie dało, należałoby zlikwidować PZPN i w to miejsce pozwolić naszym podmiotom piłkarskim działać samodzielnie, na marginesie światowych rozgrywek. Bądźmy jednak realistami. Siły stojące za obecnym systemem są tak potężne, że zmian takich nie da się przeprowadzić. Wywalmy więc chociaż, metodą ściągniętą niestety z putinowskiej Rosji, wszystkich działaczy obecnego PZPN – wszystkich, do korzeni. I wybierzmy nowych z zastosowaniem praw lustracji: tym, którzy działali jeszcze za komuny, dziękujemy serdecznie. I narzućmy statutowy obowiązek rozliczania się PZPN z dochodów i inwestycji przed organami państwowej kontroli. Oraz nieprzekraczalny termin zbudowania systemu trenowania piłkarskiej młodzieży. W oparciu o stosowną bazę – personalną, terenową i sprzętową. Może chociaż w taki sposób dogonimy uciekającą Europę.