O nihilizmie Kaczyńskiego, czyli czarne chmury nad Polską

Pan Jarosław Kaczyński powiedział w swojej tv, że władza nie może w Polsce zrezygnować z obrony Kościoła, jedynej szeroko rozpoznawalnej ostoi moralności. Dodał, że gdybyśmy od Kościoła odeszli, zostałby nam tylko nihilizm.

Otóż – nie tylko według wolnościowej interpretacji świata – Pan Kaczyński jest w błędzie. Zarządzanie świeckim państwem (obojętnie, w obrębie jakiej cywilizacji religijnej ono istnieje) polega głównie na tworzeniu prawa, przydatnego wszystkim obywatelom do życia publicznego. Owszem, w oparciu o moralność lub etykę ludzką, ale niekoniecznie moralność religijną. W rozumieniu politycznym wystarczy przy tworzeniu prawa opierać się na powszechnie znanych ludzkości (od Antyku) zasadach przyzwoitego życia, niekoniecznie zaś tych zasadach, które jako właściwe dyktuje taka czy inna religia. Dlaczego?

Po pierwsze: etyka jest starsza od każdej z żywych dziś religii. A na pewno ta pierwsza, antyczna – Sokratesa, Arystotelesa i Platona – starsza jest od Chrześcijaństwa. Oczywiście „cywilne” zasady przyzwoitego życia – takie, jak zakaz mordowania innych, zdradzania żony czy zakaz kradzieży – często pokrywają się z historycznie później ogłaszanymi przykazaniami czy prawami religijnymi. Ale zarządzanie państwem według całościowo kopiowanej religijnej dogmatyki kończy się, co jest dość klarowne, tworzeniem państwa religijnego. Rządzonego przez zasady, pochodzące z religii dominującej. W tym sensie kościelne państwo chrześcijańskie nie różni się in principium od państwa, na przykład, islamskiego, którego dominującą zasadą jest prawo szariatu.

A skoro wśród praw religijnych (jak właśnie w szariacie) dozwolone bywają na przykład zasady prowadzenia wojny religijnej w imię obrony czci swojego Boga – przeto trudno się dziwić, że my jako współczesna ludzkość zachodnia wolimy, by jednak instytucja państwa od tego typu praw była wolna. Zdecydowana większość państw cywilizowanego świata opiera się na konstytucjach świeckich, napisanych z poszanowaniem równości wobec prawa wszystkich obywateli – zarówno wyznawców dominującej religii, jak i nie podzielających tej wiary.

Polska jest dokładnie takim państwem – demokratycznym państwem prawnym, już w Preambule Konstytucji wskazującym na równość wobec prawa obywateli wierzących w Boga z tymi, którzy „czerpią wartości uniwersalne z innych źródeł.”

A to z kolei nakłada na rządzących państwem obowiązek poszanowania woli wszystkich obywateli, bez względu na wyznawaną wiarę. Wydarzenia, które ostatnio gwałtownie toczą się w Polsce, pokazują, że sposób sprawowania władzy przez obecnie będącą u steru ekipę daleki jest od zasady takiej równości. Toczy się bolesny spór o sprawy światopoglądowe, bo nikt spośród wychodzących na ulicę demonstrantów nie ukrywa, że ustawa w sprawie aborcji jest tutaj jedynie kroplą przelewającą czarę. To jest protest przeciwko rządom PiS jako całości, które od dłuższego czasu znakowane są pośpiesznym uchwalaniem prawa, korzystnego tylko dla własnych wyborców. Nie jest tajemnicą, że to w swej masie elektorat katolicki, głosujący na ekipę Kaczyńskiego głównie dzięki jej ścisłym związkom z duchowieństwem „jedynej szeroko rozpoznawalnej ostoi moralności”. Na prawach, uchwalanych mechaniczną większością sejmową, na pewno korzysta Kościół. Czy dzieje się to w sposób moralnie kryształowy? Cóż – tutaj wychodzący na ulice polskich miast mają poważne wątpliwości.

Skala konfliktu może budzić niepokój. Obie strony posuwają się bowiem do zachowań, wcześniej nie znanych żadnej debacie społecznej w Polsce po roku 1989. Padła nienaruszalność kościelnych murów oraz sacrum nabożeństwa (to bardzo źle), w obronie których religijno/PiSowa społeczność wzywa na ratunek kibolskie gangi (to również fatalnie), a te od razu zaczęły się między sobą zwalczać o to, czy mają bronić świętości Boga, czy nienaruszalności Kleru i jego majątku… Katolicko-narodowy „mainstream” od razu zaczął bić w dzwony lewicowych podżegaczy, zwalając starym zwyczajem wszystko na Tuska i lata jego rządów, bo to przecież wtedy „robiły, co chciały” te wszystkie kreatury spod znaku LGBT, feminizmu i lewactwa, które teraz ruszają masowo pod kościelne bramy. Robi się naprawdę gorąco, atmosfera zaczyna przypominać prawdziwą wojnę domową – a zagranica, poza beznamiętnym pokazywaniem w satelitarnych telewizjach obrazków protestu, obojętnie przygląda się tym zdarzeniom. Być może czekając tylko, aż Polska (jak wieszczą niektórzy katastroficzni profeci) sama rozpadnie się na dwie części, wzdłuż dawnych granic rozbiorowych, pod ciężarem własnych niepokojów społecznych.

Trudno zatem wiarygodnie przewidzieć, co się naprawdę wydarzy. Wiadomo natomiast, że zapanował kompletny chaos polityczny. Światopoglądowa prawica (PiS), sprawując władzę oferuje ludziom kompletną, nieustanną bolszewię w sprawach gospodarczych. Powodując stopniowe wbijanie się w biedę kolejnych branż i grup społecznych, gubiąc się też coraz bardziej w bezładzie absurdalnie prowadzonej walki z pandemią, ciągnie dalej swe „rokowania z pozycji siły”, ustawami obyczajowymi odwraca uwagę od spraw bytowych. Z kolei światopoglądowa lewica zostawia nam wolną rękę w sprawach obyczajowych, mając równą jak PiS ochotę na odbieranie ludziom ciężko wypracowanego kapitału… Z chaosu próbuje skorzystać prawica wolnorynkowa (Konfederacja), jako jedyna w Sejmie zwalczająca realny socjalizm naszej gospodarki, ale światopoglądowo/kościelnie jednak zgodna z PiSem. Wykonuje teraz rozpaczliwe wolty, by uniknąć kompromitacji, gdy publiczne wypowiedzi niektórych członków tej partii zaprzeczają innym, przez tychże samych działaczy wygłaszanym.

W całym tym bałaganie najbardziej tracą zwykli obywatele. Na chwilę odeszła w zapomnienie kompletna niewydolność publicznej służby zdrowia. Mowa o mającym nastąpić drugim lockdownie, oczywiście z powodu epidemii, dalej rozwijającej się poprzez masowe demonstracje pod kościołami. Rząd ani słowem nie wspomina o wycofaniu się z planów wprowadzenia następnych kilkunastu, zupełnie nowych podatków, dzięki którym zamierza pozyskać pieniądze na szerzenie kolejnych „zdobyczy socjalnych”. To grozi, oprócz gremialnego obniżenia jakości i poziomu życia Polaków, szybko wzrastającym bezrobociem. A także, w konsekwencji, spadkiem dochodów państwowych, zamiast ich oczekiwanego podwyższania.

Czy w tym kontekście, panie Jarosławie Kaczyński, naprawdę najważniejsza jest teraz obrona Kościoła Katolickiego przed najazdem barbarzyńskich kobiet ze sprayami? To ja już wolę ten nihilizm. I chleb na stole.

O tym, co byłoby lepsze – czyli jak protestować, by naprawdę osiągnąć cel

Szachiści często używają zwrotu: „lepsze byłoby…”. Jest to określenie ruchu na szachownicy, który nie jest idealny w określonej sytuacji. Gracz poszedł dobrze, ale miał lepsze wyjście. Mógł wprowadzić przeciwnika w większe tarapaty, osiągnąć lepszy skutek.

Bardzo podobną sytuację obserwujemy właśnie w życiu politycznym, które od dawna przypomina partię szachów między głównymi oponentami. Obie strony – PO i PiS – poprzez swą zajadłą wojnę kolejny raz wyprowadzają ludzi na ulicę. Nienawiść (udawana ?) między „dawnym PPS” a „dawnym PPR” znów się rozdyma, a my wszyscy jesteśmy coraz bardziej skłóceni. Obserwatorzy tej rywalizacji patrzą na kolejne ruchy, jakie na polskiej szachownicy wykonują ważne figury – ale też i pionki.

Spójrzmy z bliska na mistrzowskie, choć niezwykle perfidne posunięcie rządzącej ekipy: najpierw na horyzoncie pojawiło się widmo drogiej benzyny… Ustawa paliwowa została jednak szybko wycofana, gdy tymczasem posłowie wzięli się za „obróbkę” projektów sądowych, decydujących o ustrojowym porządku Państwa. Stało się jasne, że pod pretekstem rozliczenia postkomunistycznego układu, Jarosław Kaczyński chce wprowadzić zręby systemu totalitarnego, gdzie rząd (przejmując niczym nie ograniczoną kontrolę nad władzą sądowniczą) decydowałby nawet o tym, czy ważne są kolejne wybory. Sprawę świetnie, jak zwykle, wytłumaczył wszystkim Robert Gwiazdowski:

A ludzie – część opinii publicznej nieprzyjazna PiS – wyszli na ulice w obronie demokracji i polskich sądów. Mój przyjaciel, aktywny uczestnik protestów, jest zdania, że ta energia opozycji „nabrzmiała” już w chwili, gdy PiS chciał nam zaserwować podwyżkę paliwa. Ale fakty są takie, że protesty dotyczyły jednoznacznie pakietu ustaw sądowych, a ludzie palili znicze w obronie jurysdykcyjnej niezawisłości. A nie przeciwko podwyżkom cen benzyny.

Na tym właśnie polega największa perfidia Kaczyńskiego. Bo prezes PiS wykorzystał nagromadzenie energii społecznej, by – pod okiem demonstrantów – bezboleśnie przepchnąć w Parlamencie kolejne akty prawne, na wzór ustawy paliwowej mocno bijące w kieszeń Polaków:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1713406,1,co-pis-przepchnal-przez-sejm-kiedy-zajmowalismy-sie-sadami.read

Sądy – nieoczekiwanie – vetem swym ochronił Prezydent, choć wszyscy wiedzą, że to jedynie prolongata. Za dwa miesiące ma dojść do ponownego rozpatrzenia ustaw w Sejmie: dopiero wtedy dowiemy się, w jakim kształcie wróciły one do laski marszałkowskiej. Jest niemal pewne, że zmian radykalnych nie będzie. Zobaczymy więc, czy i we wrześniu tłumy pojawią się na ulicach.

Tymczasem efekt zamierzony przez PiS został osiągnięty. Od szkodliwych dla ludzi ustaw o charakterze gospodarczym bardzo skutecznie dało się odciągnąć uwagę! Po jednej stronie szachownicy mieliśmy zamieszanie z protestami, gdy tymczasem, na przeciwległej flance, bez najmniejszego kłopotu Kaczyński przeprowadził akcję, w której odniósł znaczne korzyści. Zrobił swoje. A my dostaniemy po kieszeni. Zauważyli to ci, którzy z pozycji anty systemowych bardzo spokojnie przyglądają się całej rozgrywce:

https://www.facebook.com/JacekWilkPL/videos/1580732768665695/?hc_location=ufi

Na czym polega tragizm położenia demonstrującej opozycji? Wyszli na ulice w obronie czegoś nadzwyczaj szlachetnego: wolności, swobód obywatelskich. Jarosław Kaczyński naprawdę chce, korzystając z gangreny palca, uciąć całą rękę. Aparat sądowy, faktycznie przeżarty komunistycznymi układami, bezwładny, powolny, nieskuteczny, podatny na korupcję i nepotyzm – wymaga natychmiastowej reformy. Ale na pewno nie takiej, jaką proponuje PiS: z oddaniem całego sądownictwa pod legalną kontrolę aktualnie rządzącej partii. Z tym, że protestujący zostali idealnie zaszachowani. Choć wymuszając prezydenckie veto odwlekli na chwilę egzekucję zasad trójpodziału władzy, to przecież całkowicie jej nie wstrzymali. Swoimi ciałami zasłonili natomiast cel równie ważny: pieniądze, których potrzebuje PiS dla utrzymania własnych, narodowo-katolicko-socjalistycznych pomysłów na sprawowanie władzy. Odegrali przez to rolę „pożytecznych idiotów” lub owieczek, posłusznie idących za swym pasterzem. A po stronie Kaczyńskiego rolę hetmana, który w tej partii skutecznie szachuje całą armię przeciwników odgrywa PiS-owska większość sejmowa.

Jaki będzie efekt tej rozgrywki? Końcówka szachowej partii rozegra się we wrześniu, wówczas dopiero ocenimy, ile udało się wygrać Kaczyńskiemu. Stawką jest wprowadzenie w Polsce zrębów ustroju totalitarnego – i to już nie są żarty. Pytanie, czy kolejny protest społeczny, jeśli w ogóle nastąpi, będzie tym razem w stanie cokolwiek zmienić. Sejm większością głosów PiS, z zapowiadanym wsparciem Kukiz ’15 (o ile prezydent wprowadzi do ustaw proponowane przez nich poprawki), znów zrobi swoje. Wtedy efekt marnowania energii społecznej na protesty będzie żaden – lub znikomy.

I tu aż prosi się powiedzieć: „lepsze byłoby…” No właśnie, co? Lepsze, proszę państwa, byłoby wyjście na ulice z żądaniem zmiany systemu rządzenia naszym krajem. Przeciwko horrendalnie rozrośniętej biurokracji, przeciw chorym pomysłom w rodzaju 500+, na które PiS wyciąga teraz pieniądze z naszych kieszeni. Przeciwko, trwającym od kilkunastu lat, jawnym lub ukrytym podwyżkom kosztów naszego życia, za które płacimy wszyscy – a najbardziej ci najubożsi, bo zamożni przedstawiciele „klasy panów” zawsze sobie poradzą. W obronie małych i średnich przedsiębiorców, którym rządy od 25 lat rzucają permanentnie kłody pod nogi, przez co oni zatrudniają mniej ludzi, za psie pieniądze i na „umowach śmieciowych”. Z żądaniem natychmiastowej likwidacji ZUS-u i wprowadzenia w to miejsce wolnego rynku usług ubezpieczeniowych – by każdy mógł mieć indywidualne konto emerytalne, obserwując w jakim tempie przyrastają na nim odkładane pieniądze. I tak dalej, i dalej… Po szczegóły odsyłam do programu jakiejkolwiek partii wolnościowej.

A najlepsze, proszę państwa, byłoby oddanie wreszcie władzy w ręce tych, którzy chronią nasz portfel, zamiast go regularnie łupić. Mamy w kraju ugrupowania wolnościowe, klasycznie liberalne, konserwatywno-liberalne, libertariańskie… Do wyboru, do koloru, również światopoglądowo. Nawet u Kukiza siedzi paru posłów, którzy wyraźnie mówią, od czego w Polsce powinniśmy zacząć. Na pewno nie od wybierania (czarnych, czerwonych ani różowych) socjalistów, których jedynym celem jest zapewnienie dobrobytu SOBIE kosztem ogółu obywateli.

O utopii, czyli jak zjednoczyć polską prawicę

315086_10150305511332060_868493303_n„W Polsce typowy dla państw anglosaskich mariaż liberalizmu gospodarczego i konserwatyzmu kulturowego (…), jest utopią” – mówi politolog Rafał Chwedoruk w ciekawym wywiadzie, udzielonym „Rzeczpospolitej” (nr 192, 20.08.2014). Rozmowa dotyka spraw bliskich wyborcom prawej strony sceny politycznej nad Wisłą, a tezą główną rozważań jest publiczny pieniądz. A raczej stosunek poszczególnych ugrupowań w Polsce, nazywających siebie prawicowymi, do gospodarki. I temat ekonomicznej zgody, jaka powinna-by zapanować między bliskimi sobie ideologicznie partiami, jeśli te chciałyby wspólnie pójść po władzę.

Cytowana teza Chwedoruka bez wątpienia potwierdza to, o czym dawno wiedzą zwolennicy wolnościowej szkoły ekonomicznej, wyprowadzonej z teorii Misesa i Von Hayek’a, rozwiniętej m.in. przez Friedmana. Mianowicie fakt, że Polska po odzyskaniu wolności w roku 1989 nigdy tak naprawdę nie zdecydowała się na wprowadzenie klasycznych reguł wolnorynkowego kapitalizmu, właściwych dla programów gospodarczych partii prawicowych na Zachodzie. Przede wszystkim dla amerykańskiej, republikańskiej prawicy. W Polsce, poza dotąd niszowymi (spychanymi przez główny nurt polityczny do niszy) – UPR-em i ostatnio Kongresem Nowej Prawicy, tak naprawdę żadna partia nie zaproponowała wyborcom radykalnej zmiany gospodarczo-ustrojowej. Jedynie kosmetykę ładu, jaki w państwie odziedziczyliśmy po sześciu dekadach komunistycznej dyktatury. Tradycyjny podział naszej sceny politycznej nigdy tak naprawdę nie dotyczył gospodarki. Ugrupowania polityczne (mniejsza o genezę tej sytuacji) zwykło się u nas dzielić na prawicę i lewicę w związku ze stosunkiem tychże partii do spraw ideowych… a głównie do Kościoła Katolickiego i kwestii objętych religijnymi kodeksami. Niektórzy śmieją się, że u nas wciąż trwa wojna następnych pokoleń PPR-u z PPS-em, albo Piłsudczyków z Endekami. Tak czy owak w dyspucie między „czarnymi” a „czerwonymi” pieniędzy publicznych właściwie się nie liczy. Wiadomo, że „zdobycze socjalne” muszą być obecne w programie każdej liczącej się partii, nawet mieniącej się skrajnie antykomunistyczną i prawicową, bo inaczej nie ma co czekać na poparcie społeczne… Stąd mnożące się opinie publicystów, że skoro w naszym kraju mieszka tak wielki odsetek ludzi, żyjących z socjalistycznego porządku gospodarczego, niechętnych wolnorynkowym przemianom, sytuacja ustrojowa zmienić się nie może. To znaczy, jeszcze się taki nie narodził, co by komunistyczną biedę znad Wisły przegonił.

W zamknięte koło socjalistycznego perpetuum mobile wbił się jednak, dość nieoczekiwanie, europejsko-wyborczy sukces KNP. Waga głosów ludzi młodych, przyciągniętych do idei liberalnej dzięki sprawności internetowych kanałów komunikacji, zainteresowała speców od politycznego biznesu… W przytaczanej tu rozmowie stawiane są wprost pytania o PiS: czy nie powinno się czasem, mając na względzie poglądy naszej młodzieży, zmienić swego programu z socjalnego na bardziej wolnorynkowy? Czy nie lepiej umocnić jedność prawego skrzydła krajowej polityki wspólną deklaracją wolności przedsiębiorstw, tak przecież ostatnio pomiatanych Tuskowym fiskalizmem, żądającym haraczu do pięciu lat wstecz?  Przecież Jarosław Gowin, wprawdzie mniej radykalnie od Korwina, ale także opowiada się za liberalną gospodarką. A partia Jarosława Kaczyńskiego, już w sojuszu z Gowinem, mogłaby chyba nieco przychylniej odnieść się do tematu wolności gospodarczej? Może w końcu dałoby się, po wzięciu władzy przez zjednoczoną prawicę, powstrzymać tak bolesne zjawisko emigracji młodych za chlebem? Ułatwić życie przeciętnemu Kowalskiemu, uwalniając go od przerośniętych podatków – i zdejmując z karku brzemię biurokracji, krępującej nie tylko rozwój firm, ale każdy właściwie aspekt życia obywateli???

W całej tej retoryce uderza element pragmatyczny. Skoro młodzież chce wolności rynkowej, wpiszmy tę wolność do programu. I po kłopocie – skrzyknijmy „zjednoczoną prawicę” (bez Korwina przecież, bo to oszołom i Putinista), zapewnijmy młodych, że kapitalizm będziemy robić! Zabierzemy głosy KNP i wreszcie zyskamy nad Platformą przewagę na tyle znaczącą, żeby  rządzić samodzielnie! A potem? No właśnie… tu zaczyna się problem. Bo potem to już „benzyna może być nawet po siedem złotych”, jeśli zacytować klasyczny zwrot z taśm, ujawnionych po ostatniej aferze.

Podstawowym prawem liberalnego programu gospodarczego jest jego nieopłacalność polityczna. Otóż, jeśli deklarujemy wolnościową przemianę ustroju państwa, zakładamy najpierw zmianę prawa – a w oparciu o nią likwidację bardzo wielu niepotrzebnych instytucji państwowych, generujących straty dla  budżetu. Krótko mówiąc: tniemy wydatki, obniżamy podatki, zostawiając dzięki temu pieniądze w kieszeniach obywateli. Tak ogół mieszkańców kraju staje się zamożniejszy – ale za to możliwość „ubogacania się” członków partii, która doszła do władzy, znika aż do zera. Wprowadzamy zmiany po to, by żyło się lepiej wszystkim, a nie tylko „naszym”: taka jest zasada kapitalistycznego liberalizmu. Lepiej mają mieć pracowitsi, pomysłowi, rzutcy, przedsiębiorczy, zaradni i mądrzejsi. A nie nasi kumple, krewni i znajomi, którym zapewniamy lukratywne fuchy „na państwowym” z wdzięczności za to, że pomogli nam dojść do władzy. Kłopot w tym, że nad Wisłą od 25 lat żadna partia tak nie rządziła. Może dlatego, że po komunistach przetrwał tu socjalizm, ugruntowany przy Okrągłym Stole i pielęgnowany aż do dzisiaj przez tych, którzy mają z niego największą korzyść: polityków. I ich klientów, ludzi korzystających z krzewiącego się układu. To dlatego idee Korwina, z zasady burzące mafijny porządek rzeczy, były od zawsze flekowane przez wszystkich, od lewa do prawa. To dlatego teraz rozważania, skłaniające zwolenników jednoczenia prawicy wokół PiS do wolnorynkowych deklaracji, budzić będą lęk i nieufność młodych wyborców KNP. Oni mocno protestują już teraz, gdy do partii Korwina chce zapisywać się nagle cały tabun nuworyszów, zachęconych rosnącą popularnością ugrupowania. Niechęcią reagują na wciąganie do szeregów ugrupowania posłów, jak Jarosław Jagiełło, dotąd legitymujących się ich zdaniem dokonaniami anty wolnościowymi… Ich nie będzie łatwo przekonać do siebie zmianą statutu partii i nagłym propagowaniem liberalnej retoryki. Nie wierzą w nagłe pojawienie się setek „przekonanych”, którym – jakoś tak przy okazji – wejście w szeregi zdobywającej poparcie partii może zapewnić błyskotliwą, lukratywną finansowo karierę… Pod tym względem Janusz Korwin – Mikke też posiada u nich ograniczony kredyt zaufania! Można więc być pewnym, że Jarosław Kaczyński, nagle przemawiający głosem obrońcy kapitalistycznej wolności, takiego zaufania nie zyska. Musiałby wykazać się praktycznymi działaniami, zmierzającymi do realnego przekształcenia polskiej rzeczywistości. Pokazać, że naprawdę zależy mu na takich zmianach, a nie tylko na składaniu obietnic, wiodących do przejęcia władzy – a potem realizowania partykularnych interesów swoich ludzi, zawłaszczających po zwycięstwie publiczny majątek.

Byłoby świetnie mieć nad Wisłą zjednoczoną prawicę, wspólnie deklarującą ustanowienie pełnej wolności gospodarczej. Póki jednak taki program deklaruje zaledwie jedna partia – i to dopiero od niedawna gromadząca zaczyn społecznego poparcia – o żadnej koalicji mowy być nie może. Korwin stara się udowadniać, że swą długoletnią karierę w polityce oparł na wierności wobec prezentowanych idei. Nikt nie wie, co by się stało, gdyby KNP naprawdę objął władzę – ale póki wyborcy tego nie sprawdzą, mają prawo wierzyć w zapewnienia prezesa. Zarówno PiS jak i mniejsze ugrupowania sojusznicze (kierowane przez ludzi w polityce dokładnie sprawdzonych) mają za sobą praktykę władzy zupełnie inną, niż życzyliby sobie wyborcy KNP. I samo to, jak się zdaje, wyklucza w tej chwili wszelkie porozumienie.